TYDZIEŃ 24 PODRÓŻY – Kiedy marzenie zaczyna nabierać kształtów.
📍 Bali – Pomelo Travel Outpost
🗓 13 lipca – 19 lipca

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że podróż będzie polegała głównie na odwiedzaniu nowych miejsc.
Nowych świątyń. No może nie w moim przypadku, hehe
Plaż.
Wodospadów.
Poznawaniu ludzi.
Dzisiaj coraz mocniej czuję, że moja podróż zmieniła kierunek.
Oczywiście nadal uwielbiam odkrywać świat.
Nadal potrafię zachwycić się pięknym zachodem słońca, lokalnym jedzeniem czy drogą prowadzącą przez pola ryżowe.
Ale największa podróż odbywa się obecnie… w mojej głowie.
To tam codziennie powstaje C.U.D. Experience.
Projekt, który jeszcze kilka miesięcy temu był jedynie luźnym pomysłem zapisanym gdzieś w notatniku.
Dzisiaj nabiera realnych kształtów.
Pojawiają się partnerzy.
Rozmowy.
Pierwsze umowy.
Nowe pomysły.
I coraz większa odpowiedzialność.
Jednocześnie organizm chyba postanowił powiedzieć mi:
„Piotrek… zwolnij trochę.”
Bo cały tydzień walczyłem z zatokami, bólem głowy i brakiem energii.
I choć ADHD bardzo chciało biec dalej…
ciało miało zupełnie inne plany.
Może właśnie tego również miała mnie nauczyć ta podróż.
Że czasami największą odwagą nie jest działanie.
Tylko… odpuszczenie.
Poniedziałek — nawet pomaganie czasami musi poczekać
Poniedziałek rozpoczął się tradycyjnie.
Pilates.
Już chyba nikogo nie zdziwi, że to jeden z moich ulubionych momentów tygodnia.
Nie chodzi już nawet tylko o sam trening.
Bardziej o ludzi.
Atmosferę.
Rozmowy.
I ten moment, kiedy przez godzinę głowa zajmuje się wyłącznie ciałem.
Po zajęciach śmialiśmy się jak zwykle chyba z wszystkiego.
Przy okazji udało mi się umówić z Caroline i jej mężem na coś, na co czekam jak małe dziecko.
W sierpniu czeka mnie profesjonalna sesja numerologiczna.
Jej mąż od wielu lat zajmuje się numerologią i podobno jest w tym naprawdę świetny.
Przyznam szczerze…
lubię takie tematy.
Lubię poznawać różne sposoby patrzenia na człowieka.
Czy wierzę we wszystko?
Nie zawsze 😉
Ale jestem bardzo ciekawy.
I już nie mogę się doczekać, co usłyszę.
Może dowiem się czegoś nowego o sobie.
A może po prostu będzie to ciekawa rozmowa.
Jedno jest pewne.
Będę miał o czym Wam później opowiedzieć.
Niestety organizm od rana dawał mi wyraźne sygnały, że coś jest nie tak.
Ból głowy.
Brak energii.
Dziwne uczucie, jakbym łapał przeziębienie.
Dlatego pierwszy raz od dawna postanowiłem odpuścić wyjazd do sierocińca.
Nie była to łatwa decyzja.
Ale coraz bardziej uczę się słuchać własnego organizmu.
Jeszcze kilka lat temu pewnie pojechałbym mimo wszystko.
Dzisiaj wiem, że czasami najlepszą decyzją jest… odpoczynek.
Po śniadaniu dokończyłem historię Mimi do serii Odcienie Ludzkiego Życia.

Jeżeli jeszcze jej nie czytaliście, możecie znaleźć ją TUTAJ.
Bardzo się cieszę, że ta historia ujrzała światło dzienne.
Mimi jest dla mnie kimś znacznie więcej niż partnerką biznesową w Wietnamie.
To jedna z tych osób, które czujesz, jakbyś znał od wielu lat.
Później wróciłem do pracy nad C.U.D. Experience Hoi An 2027.
Z każdym tygodniem projekt staje się coraz bardziej realny.
Coraz mniej w nim marzeń.
Coraz więcej konkretów.
Wieczorem, mimo słabszego samopoczucia, wybrałem się na spacer nad ocean.
Nie trwał długo.
Ale wystarczył.
Na zakończenie dnia zrobiłem jeszcze spokojną sesję Yin Yogi.
I położyłem się spać z nadzieją, że rano będzie już lepiej.
Wtorek — są miejsca, które po prostu przyciągają
Wtorkowy poranek rozpocząłem zdecydowanie spokojniej niż zwykle.
Postanowiłem trochę dłużej pospać.
Najwyraźniej organizm sam wiedział, czego potrzebuje.
Po przebudzeniu zrobiłem lekki stretching, zjadłem śniadanie i zabrałem się do pracy nad MyDriverBali.com oraz przygotowaniem kolejnych materiałów na LinkedIna.
Lubię wtorki.
To taki dzień, w którym mogę spokojnie usiąść przy komputerze i nadrobić wszystkie rzeczy, na które w ciągu tygodnia często brakuje czasu.
Między jednym mailem a drugim coraz częściej wracałem jednak myślami do kolejnego wyjazdu.
Już 21 lipca ponownie ruszam w drogę.
Tym razem czeka mnie wyjazd roboczo-poznawczo-wypoczynkowy.
Brzmi skomplikowanie?
Może trochę. 😂
Ale właśnie tak wyglądają teraz moje podróże.
Nie jadę już tylko zobaczyć nowe miejsce.
Jadę spotykać ludzi.
Sprawdzać kolejne wille.
Rozmawiać z właścicielami.
Budować relacje.
I szukać miejsc, które kiedyś mogą stać się częścią C.U.D. Experience Bali.
Tym razem plan obejmuje okolice Pemuteran, Loviny oraz ponowny powrót do Munduk.
I muszę Wam się do czegoś przyznać.
Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić.
Ale coś mnie tam nieustannie ciągnie.
Za każdym razem, kiedy trafiam do Munduk, czuję dziwny spokój.
Może dlatego, że nie ma tam tłumów.
Może przez chłodniejsze powietrze.
Może przez góry.
A może po prostu przez energię tego miejsca.
Nie wiem.
I chyba nawet nie chcę tego analizować.
Niektórych rzeczy po prostu nie trzeba rozumieć.
Wystarczy je poczuć.
Reszta dnia upłynęła bardzo spokojnie.
Kilka posiłków.
Spacer przy zachodzie słońca.
Kolejny odcinek koreańskiego serialu, który ostatnio skutecznie mnie odpręża.
I sen.
Czasami naprawdę niewiele więcej potrzeba.
Środa — kiedy jedna rozmowa otwiera kolejne drzwi
Środa okazała się wyjątkowa.
I nie…
nie dlatego, że środa to Dzień Loda. 😂
Choć przyznam szczerze, że lody też bym chętnie zjadł 🙂
Tego dnia pojechałem do mojego ulubionego studia UTUH Pilates na zajęcia Pilates Circuit Reformer.

To trochę inna forma treningu niż klasyczny reformer.
Ćwiczy się na kilku różnych urządzeniach, zmieniając stanowiska i angażując całe ciało.
Lubię takie treningi.
Są dynamiczne.
Różnorodne.
I ani przez chwilę nie ma czasu się nudzić.
Po zakończeniu zajęć jak zwykle chwilę rozmawialiśmy.
Temat zszedł oczywiście na C.U.D. Experience.
Im więcej o nim opowiadam, tym bardziej widzę, że ludzie naprawdę zaczynają rozumieć, co chcę stworzyć.
Nie kolejne wakacje.
Nie zwykły retreat.
Ale doświadczenie.
Coś, co zostaje z człowiekiem na długo po powrocie do domu.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś bardzo ciekawego.
Medina, która pracuje w studio, powiedziała, że zna prywatny zespół wykonujący tradycyjny taniec balijski wraz z orkiestrą gamelan.
Od razu zapisałem kontakt.
Bo dokładnie takich elementów szukam do C.U.D. Experience.
Nie atrakcji przygotowanych dla masowej turystyki.
Ale autentycznych spotkań z lokalną kulturą.
Czym jest taniec Bali i orkiestra gamelan?
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów kultury Bali są tradycyjne tańce wykonywane podczas ceremonii religijnych oraz ważnych uroczystości. Każdy ruch dłoni, oczu czy całego ciała ma swoje znaczenie i opowiada określoną historię zaczerpniętą z balijskiej mitologii lub hinduistycznych eposów.
Towarzyszy im orkiestra gamelan – zespół muzyków grających na instrumentach wykonanych głównie z brązu, takich jak metalofony, gongi czy bębny. Muzyka gamelanu tworzy niezwykłą atmosferę. Dla wielu Balijczyków nie jest to zwykły koncert, lecz część duchowej tradycji i ceremonii przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
Właśnie takie autentyczne doświadczenia chciałbym kiedyś pokazywać uczestnikom C.U.D. Experience.
Nie w tłumie setek turystów.
Tylko w kameralnej atmosferze, z możliwością zrozumienia, dlaczego dla mieszkańców Bali ma to tak ogromne znaczenie.
Po powrocie do domu opublikowałem historię Mimi.
Bardzo czekałem na ten moment.
Każda kolejna historia w Odcieniach Ludzkiego Życia przypomina mi, po co właściwie powstał ten projekt.
Nie chodzi o opisywanie ludzi.
Chodzi o pokazywanie, że za każdym człowiekiem kryje się świat, którego na pierwszy rzut oka nigdy nie widać.
Wieczorem, jak już chyba tradycyjnie, poszedłem nad ocean.
Później usiadłem do kolejnego wpisu refleksyjnego.
A dzień zakończyłem spokojną sesją Yin Yogi.
Powoli staje się ona moim małym rytuałem kończącym każdy dzień.
Czwartek — kiedy wszystko zaczyna się układać
Czwartkowy poranek rozpocząłem od publikacji kolejnego wpisu refleksyjnego.
Jeżeli jeszcze go nie czytaliście, możecie znaleźć go TUTAJ.
Później wydarzyło się coś, co z pozoru wyglądało jak zwykła praca przy komputerze.
A w rzeczywistości okazało się jedną z najważniejszych chwil całego tygodnia.
Usiadłem.
Otworzyłem notatnik.
I przez ponad trzy godziny robiłem… burzę mózgów.
Bez telefonu.
Bez muzyki.
Bez rozpraszaczy.
Zapisywałem wszystko.
Pomysły.
Wątpliwości.
Nowe kierunki.
Grupy docelowe.
Formę wyjazdów.
To, czym C.U.D. Experience ma być.
I czym na pewno nie będzie.
Pod koniec tej sesji poczułem coś, czego dawno nie czułem.
Jasność.
Nagle wszystko zaczęło układać się w jedną całość.
Dotarło do mnie, że najbardziej cieszy mnie właśnie połączenie podróżowania z tworzeniem doświadczeń dla innych ludzi.
Nie sama logistyka.
Nie sprzedaż.
Nie marketing.
Ale możliwość stworzenia czegoś, co ktoś będzie wspominał jeszcze wiele lat po powrocie.
To właśnie wtedy zrozumiałem jeszcze jedną rzecz.
C.U.D. Experience nie będzie dla każdego.
I bardzo dobrze.
Nie chcę organizować masowych wyjazdów.
Nie zależy mi na liczbach.
Chcę tworzyć kameralne, butikowe doświadczenia dla osób, które naprawdę chcą zwolnić, poznać ludzi, zrozumieć kulturę i przeżyć coś autentycznego.
Dlatego każdy szczegół ma dla mnie znaczenie.
Każde miejsce.
Każdy partner.
Każdy posiłek.
Każda rozmowa.
Bo luksus nie zawsze oznacza złote krany.
Dla mnie luksusem jest czas.
Spokój.
Autentyczność.
I ludzie.
To właśnie chcę kiedyś przekazywać uczestnikom C.U.D. Experience.
Wieczorem pojechałem jeszcze na siłownię.
Po treningu zjadłem kolację.
I zakończyłem dzień z poczuciem, że ten projekt właśnie zrobił kolejny bardzo ważny krok do przodu.
Piątek — czasami organizm mówi „stop”
Piątek od samego rana zapowiadał się pracowicie.
Jeszcze przed śniadaniem zacząłem przygotowywać materiały do kolejnej rolki na media społecznościowe.
Coraz bardziej zależy mi na tym, aby wszystkie treści — zarówno na TravelPixieFreak, jak i w projektach Different Backgrounds. One Heart., Odcieniach Ludzkiego Życia oraz C.U.D. Experience — tworzyły jedną spójną historię.
Nie chcę już wrzucać przypadkowych zdjęć czy filmów.
Każdy post ma mieć sens.
Każdy ma opowiadać fragment większej opowieści.
Później usiadłem do pracy nad wzorami umów i zasadami współpracy z miejscami, które chciałbym w przyszłości włączyć do C.U.D. Experience.
To temat, którego większość ludzi nigdy nie widzi.
Nie wygląda efektownie.
Nie ma pięknych zdjęć.
Nie ma spektakularnych widoków.
Są za to dokumenty.
Warunki współpracy.
Ustalanie szczegółów.
Prawa i obowiązki obu stron.
I właśnie z takich rzeczy później buduje się profesjonalny projekt.
Coraz bardziej przekonuję się, że stworzenie czegoś wyjątkowego to w dziewięćdziesięciu procentach praca, której nikt nigdy nie zobaczy.
Niestety organizm postanowił mieć tego dnia własne zdanie.
Od rana zatoki dawały o sobie znać coraz mocniej.
Nos całkowicie zapchany.
Ból głowy.
Ogólne rozbicie.
A do tego noc praktycznie nieprzespana.
Humor miałem więc… delikatnie mówiąc… na dwa razy. 😂
Próbowałem ratować się tabletkami na zatoki, które przywiozłem jeszcze z Polski.
Pomyślałem sobie:
„No przecież teraz musi pomóc.”
No cóż…
Nie pomogło. 😂
Przespałem sporą część dnia.
Resztę przeleżałem.
I pierwszy raz od dawna naprawdę nic produktywnego nie zrobiłem.
Jeszcze kilka lat temu miałbym z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia.
Dzisiaj coraz częściej dochodzę do wniosku, że odpoczynek też jest częścią pracy.
Nawet jeśli moje ADHD uważa zupełnie inaczej.
Sobota — czasami największym sukcesem jest po prostu wyjść z łóżka
Sobota rozpoczęła się właściwie tak samo jak piątek.
Kolejna noc prawie bez snu.
Coraz bardziej zapchane zatoki.
I brak energii, jakiego dawno nie pamiętam.
Po śniadaniu nie miałem siły praktycznie na nic.
Leżałem.
Drzemałem.
Czytałem kilka stron książki.
Zamykałem oczy.
I znowu zasypiałem.
Nie ukrywam.
To był jeden z tych dni, kiedy trudno zaakceptować własną bezradność.
Zwłaszcza jeśli na co dzień głowa pracuje na najwyższych obrotach.
Po południu stwierdziłem jednak, że muszę się chociaż trochę ruszyć.
Spakowałem worek ubrań i pojechałem do lokalnej pralni.
Niby drobiazg.
Ale samo wyjście z domu sprawiło, że poczułem się odrobinę lepiej.
Później, już bardzo powoli, poszedłem jeszcze na krótki spacer nad ocean.
Nie dlatego, że miałem siłę.
Bardziej dlatego, że wiedziałem, iż to miejsce zawsze pomaga mi uporządkować myśli.
Usiadłem na chwilę.
Patrzyłem na fale.
I pomyślałem, że nawet ocean ma swoje przypływy i odpływy.
Swoje spokojniejsze dni.
I te bardziej burzliwe.
Może z ludźmi jest dokładnie tak samo.
Nie musimy każdego dnia być pełni energii.
Nie musimy codziennie zdobywać świata.
Czasami wystarczy po prostu… być.


Niedziela — nawet choroba nie zatrzyma ADHD
Niedziela nie przyniosła wielkiej poprawy.
Spałem znowu na pół gwizdka.
Co chwilę się budziłem.
Przewracałem z boku na bok.
Rano dosłownie zmusiłem się do krótkiej sesji jogi.
Nie dlatego, że miałem ochotę.
Po prostu wiedziałem, że odrobina ruchu może choć trochę postawić mnie na nogi.
O siłowni nie było nawet mowy.
Choć…
Muszę się Wam do czegoś przyznać.
Moje ADHD oczywiście próbowało negocjować.
– „Może jednak pojedziemy?”
– „Może tylko lekki trening?”
– „Przecież nic się nie stanie…”
Na szczęście tym razem wygrał zdrowy rozsądek.
I bardzo dobrze.
Bo wiem, że zrobiłbym tylko głupotę.
Po śniadaniu opublikowałem 23. tydzień podróży.
Odebrałem również ubrania z pralni.
I tutaj muszę Was czymś rozbawić.
Za wypranie całego wielkiego worka ubrań oraz moich sandałów zapłaciłem… około 21 złotych.
Tak.
Dobrze czytacie. 😂
Za każdym razem, kiedy korzystam tutaj z pralni, zastanawiam się, jak to w ogóle jest możliwe.
Popatrzcie tylko na zdjęcie.
Naprawdę robi wrażenie.
Po południu wydarzyło się coś bardzo charakterystycznego dla mojego ADHD.
Jeszcze chwilę wcześniej nie miałem siły praktycznie na nic.
A nagle…
Jakby ktoś nacisnął przycisk „START”.
Pomysły zaczęły pojawiać się jeden za drugim.
Usiadłem do pracy nad C.U.D. Experience.
Rozpisywałem pomysły na Instagram.
Zastanawiałem się nad komunikacją marki.
Kolorami.
Strategią.
Publikacjami.
Planem na kolejne miesiące.
Przez moment całkowicie zapomniałem, że jestem chory.
Musiałem jednak w końcu przerwać.
Paracetamol zrobił swoje.
Byłem cały spocony.
Organizm wyraźnie przypominał mi, że jeszcze nie wrócił do pełni sił.
Pojechałem więc nad ocean.
Usiadłem.
Popatrzyłem na zachód słońca.
I poczułem ogromną wdzięczność.
Za to, że mogę tworzyć coś, co naprawdę mnie cieszy.
Wieczorem sprawdziłem jeszcze wszystkie szczegóły dotyczące wtorkowego wyjazdu.
Trasa gotowa.
Hotele zarezerwowane.
Spotkania potwierdzone.
Kask przygotowany.
Skuter również.
Przede mną kolejna podróż.
Kolejne miejsca.
Nowi ludzie.
I kolejne kroki w budowaniu C.U.D. Experience.
ZAKOŃCZENIE
Dwudziesty czwarty tydzień mojej podróży nie był tygodniem spektakularnych przygód.
Nie było wodospadów.
Nie było górskich trekkingów.
Nie było egzotycznych atrakcji.
Było za to coś znacznie ważniejszego.
Świadomość, że C.U.D. Experience przestaje być marzeniem, a zaczyna stawać się rzeczywistością.
Każda rozmowa.
Każdy partner.
Każdy pomysł.
Każdy mail.
Każda godzina spędzona nad szczegółami.
To wszystko powoli układa się w jedną całość.
Jednocześnie ten tydzień przypomniał mi jeszcze jedną ważną lekcję.
Nawet kiedy głowa chce biec przed siebie, ciało czasami mówi:
„Zatrzymaj się.”
I warto go wtedy posłuchać.
Bo podróż to nie wyścig.
To droga.
A droga ma swoje szybsze i wolniejsze odcinki.
Za kilka dni znowu ruszam.
Przede mną Pemuteran, Lovina i ponownie Munduk — miejsce, które od dawna zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.
Czekają kolejne spotkania, nowe inspiracje i dalsze poszukiwania idealnych lokalizacji dla C.U.D. Experience.
Mam przeczucie, że ten wyjazd przyniesie coś wyjątkowego.
Ale o tym opowiem Wam już w następnym tygodniu podróży.
Do zobaczenia za tydzień.
Bo, jak zawsze…
najciekawsze historie dopiero przede mną. ❤️
