Korzystając z tej witryny, wyrażasz zgodę na Politykę prywatności
Accept

Travel𝝅Freak

Pixie travel

  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • Dziennik Podróży
    • Dziennik Podróży
    • Slow travel
  • Odcienie ludzkiego życia
  • C.U.D
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Inne
    • O Mnie
    • Kontakt
Reading: TYDZIEŃ 25 PODRÓŻY

Travel𝝅Freak

Pixie travel

  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • Dziennik Podróży
  • Odcienie ludzkiego życia
  • C.U.D
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Inne
Search
  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • Dziennik Podróży
    • Dziennik Podróży
    • Slow travel
  • Odcienie ludzkiego życia
  • C.U.D
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Inne
    • O Mnie
    • Kontakt
Have an existing account? Sign In
Follow US
High Quality Design Resources for Free.

Home » Dziennik Podróży » TYDZIEŃ 25 PODRÓŻY

Dziennik Podróży

TYDZIEŃ 25 PODRÓŻY

Nie każde piękne miejsce zostaje w sercu. Czasami to ludzie sprawiają, że zwykły adres staje się drugim domem. Właśnie takich miejsc szukam dla C.U.D. Experience.

travelpixie
Last updated: 2026/08/02 at 7:16 AM
travelpixie 29 Min Read
Share
Highlights
  • Tydzień 25 podróży.
  • Desa Kedis Durenne Retreat Bali.
  • Pemuteran i Lovina.
  • Sumberkima
  • Podróż z ADHD.
  • Poszukiwanie lokalizacji dla C.U.D. Experience.
  • Refleksje o dziecięcym modelingu.
  • Dlaczego nie każde piękne miejsce jest właściwe.

Tydzień 25 podróży: Są miejsca, które zmieniają więcej niż widoki

Spis Treści
Poniedziałek — czasami organizm wie lepiej od nasWtorek — są miejsca, które stają się drugim domemŚroda — nie każde piękne miejsce jest tym właściwymCzwartek — czasami nawet raj ma swoje trudniejsze dniPiątek — luksus nie zawsze oznacza to samo dla każdegoSobota — czasami najlepszą decyzją jest odpuścićNiedziela — czy dzieci powinny spełniać marzenia rodziców?ZAKOŃCZENIE

📍Desa Kedis Durenne Retreat • Pemuteran • Lovina

🗓 20 lipca – 26 lipca

Jeszcze kilka miesięcy temu, planując kolejne etapy podróży, wybierałem miejsca głównie oczami.

Piękne widoki.
Ciekawe atrakcje.
Mniej turystów.
Ładne zdjęcia.

Dzisiaj szukam już czegoś zupełnie innego.

Szukam miejsc, do których chce się wracać.
Miejsc, w których człowiek zwalnia, zanim jeszcze zdąży o tym pomyśleć.
Miejsc, w których ludzie witają Cię nie dlatego, że jesteś klientem, ale dlatego, że naprawdę cieszą się z Twojego przyjazdu.

Taki właśnie był ten tydzień.

Nie był łatwy.

Od kilku dni męczyły mnie zatoki.
Brak energii.
Ból głowy.
Kilka nocy praktycznie bez snu.

Jeszcze kilka lat temu próbowałbym to ignorować.

Przecież „trzeba działać”.

Dzisiaj coraz częściej uczę się, że czasami największą odwagą jest… zwolnić.

Co ciekawe, właśnie wtedy wydarzyło się wiele rzeczy, które jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że C.U.D. Experience zmierza we właściwym kierunku.

Odwiedziłem kolejne miejsca.
Spotkałem fantastycznych ludzi.
Kilka lokalizacji odpadło.
Jedna sprawiła, że po raz kolejny poczułem…

„Tak. Właśnie tutaj.”

To był również tydzień, który przypomniał mi jeszcze jedną ważną rzecz.

Dom nie zawsze jest miejscem.

Czasami jest uczuciem.

I właśnie do takiego miejsca wracałem w tym tygodniu.

Poniedziałek — czasami organizm wie lepiej od nas

Poniedziałki od wielu miesięcy wyglądają bardzo podobnie.

I chyba właśnie dlatego je lubię.

Dają poczucie pewnej stałości w życiu, które od kilku miesięcy składa się głównie z ciągłego przemieszczania się.

Jak zwykle dzień rozpocząłem od Pilatesu.

To już nawet nie jest trening.

To bardziej rytuał.

Godzina, podczas której głowa w końcu przestaje myśleć o kolejnych projektach, mailach, C.U.D. Experience, blogu czy podróżach.

Po prostu jestem.

Po zajęciach zjadłem śniadanie i usiadłem do pracy nad opisaniem 24. tygodnia podróży. Chciałem zamknąć ten etap przed kolejnym wyjazdem. Każdy taki wpis jest dla mnie czymś więcej niż relacją z podróży.

To pamiętnik.

Ale również zapis narodzin projektu, który jeszcze niedawno był tylko pomysłem zapisanym gdzieś w notatniku.

Po kilku godzinach pracy organizm powiedział jednak:

„Piotrek… wystarczy.”

Zatoki nadal dawały o sobie znać.

Ból głowy.

Brak energii.

Nie miałem wyjścia.

Położyłem się na krótką drzemkę.

I chyba pierwszy raz od dawna nie miałem z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

Jeszcze kilka lat temu walczyłbym ze sobą.

Dzisiaj coraz bardziej rozumiem, że odpoczynek również jest pracą.

Zwłaszcza wtedy, gdy organizm wyraźnie o niego prosi.

Po południu postanowiłem załatwić jeszcze jedną rzecz, która od kilku dni doprowadzała mnie do szału.

Kartę SIM.

Brzmi banalnie?

Może trochę.

Ale jeśli pracujesz zdalnie, prowadzisz kilka projektów jednocześnie i praktycznie całe życie mieści się w telefonie oraz laptopie, to stabilny internet staje się równie ważny jak jedzenie.

Po kilku nieudanych próbach w końcu trafiłem do odpowiedniego punktu.

Kilka minut później wszystko działało idealnie.

Mała rzecz.

A cieszy bardziej, niż mogłoby się wydawać.

Resztę dnia postanowiłem spędzić spokojnie.

Pojechałem na obiad.

Później tradycyjny spacer nad ocean.

Nie wiem dlaczego, ale to miejsce działa na mnie jak przycisk reset.

Szum fal.

Zapach oceanu.

Ludzie spacerujący brzegiem plaży.

I nagle wszystkie problemy wydają się trochę mniejsze.

Wieczorem spakowałem plecak.

Następnego dnia czekała mnie podróż do miejsca, które od kilku miesięcy zajmuje wyjątkowe miejsce w moim sercu.

Na zakończenie dnia zrobiłem jeszcze spokojną sesję Yin Yogi.

A później…

Sen.

Bo przede mną czekał powrót do mojego balijskiego azylu.

Spotkanie dotyczące organizacji C.U.D. Experience na Bali.

Wtorek — są miejsca, które stają się drugim domem

Tego dnia obudziłem się wyjątkowo spokojny.

Nie dlatego, że zatoki nagle przestały boleć.

Wręcz przeciwnie.

Nadal czułem się średnio.

Ale od rana postanowiłem zrobić coś, czego ADHD raczej nie lubi.

Przejąć kontrolę.

Bez pośpiechu.

Bez gonienia.

Bez ciągłego myślenia o tym, co będzie za godzinę.

Powoli zjadłem śniadanie.

Jeszcze raz sprawdziłem, czy wszystko spakowałem.

Kask.

Laptop.

Aparat.

Dokumenty.

I dopiero wtedy ruszyłem w drogę.

Coraz częściej uczę się, że nie wszystko trzeba robić szybko.

A paradoksalnie właśnie wtedy wszystko wychodzi najlepiej.

Około południa dotarłem do miejsca, które od pierwszej wizyty skradło moje serce.

Desa Kedis Durenne Retreat.

Za każdym razem, kiedy skręcam w tę drogę, mam dokładnie to samo uczucie.

Jakbym wracał do domu.

To bardzo dziwne.

Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić.

Nie mieszkam tam.

Nie spędziłem tam wielu miesięcy.

A mimo to za każdym razem czuję ogromny spokój.

Może właśnie dlatego wierzę, że energia miejsc naprawdę istnieje.

Jeszcze zanim zdążyłem się dobrze rozpakować, czekał już na mnie pyszny posiłek.

Tutaj zawsze czuję się bardziej jak gość rodziny niż klient hotelu.

I chyba właśnie to robi największą różnicę.

Po krótkim prysznicu ruszyłem na kolejne spotkanie dotyczące C.U.D. Experience.

Czekała na mnie Nanaa.

To nie było nasze pierwsze spotkanie.

I prawdopodobnie nie ostatnie.

Im więcej rozmawiamy, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że właśnie tutaj odbędzie się jedna z przyszłych edycji C.U.D. Experience.

Rozmawialiśmy długo.

O szczegółach.

Możliwościach.

Pomysłach.

O tym, jak stworzyć coś naprawdę wyjątkowego.

Nie kolejny retreat.

Nie zwykłe wakacje.

Ale doświadczenie.

Takie, które zostaje z człowiekiem jeszcze długo po powrocie do domu.

Kiedy zakończyliśmy rozmowę, poczułem ogromną ulgę.

Kolejny element układanki wskoczył na swoje miejsce.

A ja coraz mocniej wierzę, że wszystko dzieje się dokładnie wtedy, kiedy powinno.

W drodze powrotnej postanowiłem odwiedzić miejsce, którego lokalizacji… chyba jeszcze długo nikomu nie zdradzę.

Mam swoje małe sekrety na Bali.

Jednym z nich jest właśnie ten salon masażu.

Za każdym razem trafiam do tej samej masażystki.

Tym razem od razu mnie rozpoznała.

Przywitała szerokim uśmiechem.

Chwilę porozmawialiśmy.

A później…

przez kolejną godzinę robiła cuda.

Szczerze?

To był jeden z najlepszych masaży, jakie miałem w życiu.

Nie przesadzam.

Każdy napięty mięsień.

Każde miejsce, które dawało o sobie znać po wielu godzinach jazdy skuterem.

Wszystko zniknęło.

Wyjechałem stamtąd zupełnie nowym człowiekiem.

Wieczorem wróciłem do Desa Kedis.

I właśnie wtedy przypomniałem sobie, dlaczego tak bardzo kocham to miejsce.

Rozmowy z Putu i Dayu nie miały końca.

Śmialiśmy się.

Żartowaliśmy.

Rozmawialiśmy o życiu.

Nie było żadnego udawania.

Żadnych masek.

Po prostu szczere spotkanie ludzi.

To właśnie tutaj mogę być sobą.

Bez oczekiwań.

Bez presji.

Po prostu…

Piotrem.

I chyba właśnie dlatego wiem, że w kolejnych latach C.U.D. Experience odbędzie się również tutaj.

Nie dlatego, że miejsce jest piękne.

Choć jest.

Nie dlatego, że pokoje są komfortowe.

Choć są.

Ale dlatego, że są tutaj ludzie.

A to właśnie ludzie tworzą atmosferę, której nie da się kupić za żadne pieniądze.

Wieczorem usiadłem jeszcze z książką.

Przeczytałem kilka stron.

I zasnąłem niemal natychmiast.

Jak dziecko.

Bo są miejsca, w których organizm w końcu przestaje walczyć.

I po prostu… odpoczywa.

Przeciwieństwem smutku jest radość.

Środa — nie każde piękne miejsce jest tym właściwym

Obudziłem się wyjątkowo wypoczęty.

Spojrzałem na zegarek.

Ponad osiem godzin snu.

Dużo snu głębokiego.

Pierwsza myśl?

„No w końcu!”

Nie wiem, czy to chłodniejsze powietrze, cisza, energia tego miejsca czy po prostu wygodny materac, ale nigdzie na Bali nie śpię tak dobrze jak właśnie tutaj.

Mam wrażenie, jakbym zasypiał na chmurce.

Po śniadaniu, które jak zwykle już na mnie czekało, spakowałem plecak i ruszyłem dalej.

Przede mną był kolejny etap podróży.

Pemuteran.

Miejsce, które od dawna chciałem lepiej poznać.

Nie tylko jako turysta.

Coraz częściej odwiedzam nowe lokalizacje z zupełnie innej perspektywy.

Patrzę na nie oczami przyszłych uczestników C.U.D. Experience.

Czy tutaj można zwolnić?

Czy ludzie są autentyczni?

Czy czułbym się tu dobrze przez kilka dni?

Czy chciałbym przywieźć tutaj grupę?

Tak wygląda dziś każda moja podróż.

Sama droga zajmuje około dwóch godzin.

Przyznam jednak, że udało mi się pokonać ją trochę szybciej.

Oczywiście… z krótkim przystankiem.

Na małpy.

Nie wiem, kto pierwszy wymyślił, że są słodkie.

Ja im kompletnie nie ufam.

Naprawdę.

Mam wrażenie, że wystarczy chwila nieuwagi, a jedna z nich odjedzie moim skuterem albo zabierze aparat.

Są sprytniejsze, niż większości ludzi się wydaje.

I chyba właśnie dlatego trochę się ich boję.

Choć przyznam…

momentami są naprawdę zabawne.

Dotarłem do hotelu.

Szybki check-in.

Prysznic.

I praktycznie od razu ruszyłem na kolejne spotkanie.

Tym razem odwiedzałem Sumberkima Hill Retreat.

Już sam wjazd zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Całe wzgórze wygląda jak małe miasteczko.

Podczas rozmowy dowiedziałem się, że obecnie znajduje się tam już 86 willi, a do końca przyszłego roku liczba ta ma wzrosnąć do około 100.

Co ciekawe, większość z nich należy do prywatnych inwestorów z różnych stron świata, natomiast lokalna firma zajmuje się całą obsługą, wynajmem i administracją.

Bardzo ciekawy model biznesowy.

Na miejscu czekała już na mnie pani manager.

Od pierwszych minut zostałem przyjęty niezwykle serdecznie.

Przez ponad godzinę oprowadzała mnie po różnych willach.

Łącznie zobaczyłem osiem.

Każda inna.

Każda piękna.

Każda z niesamowitym widokiem na góry, ocean i Park Narodowy Bali Barat.

Trudno odmówić temu miejscu uroku.

Znajdziecie tu praktycznie wszystko.

Kilka restauracji.

Studia jogi.

Spa.

Siłownię.

Baseny.

Prywatne wille.

Miejsce stworzone z myślą o spokojnym wypoczynku.

Zwłaszcza dla rodzin i osób szukających ciszy.

I wiecie co?

Naprawdę mi się podobało.

Ale…

nie poczułem tego.

Trudno to opisać.

Czasami miejsce jest idealne na papierze.

Ma wszystko.

A mimo to nie wywołuje w Tobie emocji.

Właśnie takie było dla mnie Sumberkima Hill.

Piękne.

Profesjonalne.

Dopracowane.

Ale nie było tam tej iskry, której szukam dla C.U.D. Experience.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że dla mnie luksus nie oznacza marmurów ani ogromnych willi.

Luksusem są ludzie.

Atmosfera.

Autentyczność.

To coś, czego nie da się zaprojektować.

Po spotkaniu serdecznie podziękowałem za możliwość odwiedzenia tego miejsca.

Kto wie…

może dla wielu osób będzie ono idealne.

Dla mnie po prostu nie było tym jedynym.

Po intensywnym dniu postanowiłem zrobić coś dla siebie.

Najpierw pedicure.

Potem barber.

Przyznam szczerze…

wyglądałem już trochę jak leśny człowiek.

A paznokciami mogłem chyba spokojnie rysować asfalt.

Czas było wrócić do cywilizacji.

Muszę przyznać, że podczas całego zabiegu prawie zasnąłem.

Zatoki nadal dawały o sobie znać.

Organizm coraz wyraźniej domagał się odpoczynku.

Po późnym obiedzie wróciłem do hotelu.

I tutaj czekała mnie niemiła niespodzianka.

Pokój był naprawdę piękny.

Nowoczesny.

Czysty.

Przestronny.

Ale materac…

Oj…

To była zupełnie inna historia.

Od pierwszej chwili wiedziałem, że tej nocy będzie ciężko.

I niestety się nie pomyliłem.

Zapchane zatoki.

Ból głowy.

Do tego materac twardy jak deska.

Efekt?

Niecałe dwie i pół godziny snu.

Rano Garmin nie zostawił złudzeń.

Jakość snu?

Prawie żadna.

Sumberkima Hill Retreat na północy Bali.

Czwartek — czasami nawet raj ma swoje trudniejsze dni

Obudziłem się około ósmej rano.

Jeszcze zanim wstałem z łóżka, spojrzałem na zegarek.

Mój wierny Garmin Enduro.

Moj kompan w podróży Garmin Enduro

To chyba jeden z najlepszych zakupów sportowych, jakich kiedykolwiek dokonałem.

Mam go już ponad trzy lata.

Trenuję średnio pięć razy w tygodniu.

A bateria?

Spokojnie wytrzymuje ponad dwa tygodnie.

Za każdym razem robi to na mnie wrażenie.

Tego ranka jednak nie potrzebowałem zegarka, żeby wiedzieć, jak spałem.

Czułem to całym sobą.

Garmin tylko potwierdził moje przypuszczenia.

Sen był fatalny.

Organizm nadal walczył z zatokami.

Po śniadaniu, które – delikatnie mówiąc – bardziej przypominało przekąskę dla kolibra niż posiłek dla dorosłego faceta, usiadłem do pracy.

Czwartki od wielu miesięcy mają swoje stałe miejsce w moim kalendarzu.

To dzień publikacji kolejnego wpisu z serii Odcienie Ludzkiego Życia.

Stało się to dla mnie czymś więcej niż tylko publikowaniem artykułów.

To moment zatrzymania.

Refleksji.

Próby pokazania, że za każdym człowiekiem kryje się historia, której często nie widać na pierwszy rzut oka.

Po opublikowaniu wpisu odpowiedziałem jeszcze na kilka maili.

Przygotowałem post na Instagram.

I miałem ambitny plan.

Pójść na basen.

Zrobić trening.

Rozruszać ciało.

Ale organizm miał zupełnie inne zdanie.

Usiadłem tylko na chwilę.

Naprawdę tylko na chwilę.

I…

obudziłem się dwie godziny później.

To był znak.

Nie warto już było z nim dyskutować.

Po przebudzeniu pojechałem do apteki.

Farmaceutka od razu wiedziała, z czym przychodzę.

Uśmiechnęła się i powiedziała, że w ostatnich tygodniach bardzo wiele osób zgłasza się z podobnymi objawami.

Nie tylko turyści.

Również mieszkańcy Bali.

Okazuje się, że w tym okresie wyspa przechodzi między porą suchą a bardziej wilgotnym etapem sezonu. Mimo że Bali kojarzy się z niezmiennym tropikalnym klimatem, w rzeczywistości w ciągu roku zmieniają się kierunki wiatrów, wilgotność powietrza i ilość unoszących się w atmosferze pyłków, kurzu oraz drobnych cząstek pochodzących z wypalania roślinności w niektórych regionach Indonezji. Dla osób z alergiami lub wrażliwymi zatokami oznacza to często podrażnienie błon śluzowych, uczucie zatkanego nosa, bóle głowy i ogólne osłabienie.

Przyznam szczerze, że trochę mnie to uspokoiło.

Już myślałem, że tylko mój organizm postanowił urządzić sobie mały bunt.

Wracając do hotelu, pomyślałem o czymś jeszcze.

Podróże często pokazuje się w mediach społecznościowych jako niekończące się pasmo zachwytów.

Idealne widoki.

Idealna pogoda.

Idealne życie.

A prawda wygląda trochę inaczej.

Czasem boli głowa.

Czasem dopada choroba.

Czasem cały dzień spędzasz śpiąc zamiast zwiedzać.

I to też jest część podróżowania.

Wieczorem pojechałem na kolację.

Bez większego apetytu.

Bez energii.

Po prostu wiedziałem, że muszę coś zjeść.

Wróciłem do pokoju.

Zrobiłem krótką sesję Yin Yogi.

I położyłem się spać z nadzieją, że następnego dnia leki w końcu zaczną działać.

Bo przede mną czekały kolejne miejsca.

Kolejni ludzie.

I kolejne kroki w budowaniu czegoś, o czym marzę już od wielu miesięcy.

Droga przez Bali Barat National Park prowadząca do butikowego hotelu.

Piątek — luksus nie zawsze oznacza to samo dla każdego

Kolejna noc za mną.

Niestety…

znowu bardzo słaba.

Zatoki nadal były całkowicie zapchane, a leki jeszcze nie zdążyły zadziałać.

Powoli zaczynałem zapominać, jak to jest obudzić się naprawdę wypoczętym.

Po śniadaniu czekała mnie jednak bardzo miła niespodzianka.

Do hotelu przyjechała masażystka, którą poznałem dzień wcześniej podczas wizyty w SPA na terenie Sumberkima Hill.

Zagadałem ją wtedy trochę o masażach, o pracy i o życiu na Bali.

Umówiliśmy się, że następnego dnia przyjedzie do mnie.

I muszę przyznać…

to była pełna profeska.

Już po kilku minutach wiedziała, które mięśnie są najbardziej napięte.

Plecy.

Kark.

Barki.

Całe ciało po wielu godzinach jazdy skuterem dawało o sobie znać.

Po godzinie czułem się, jakbym dostał nowe ciało.

To niesamowite, jak czasami jedna godzina potrafi zmienić cały dzień.

Byłem gotowy ruszać dalej.

Tym razem czekało mnie spotkanie praktycznie na samym końcu Bali.

Z luksusowym butikowym hotelem, o którym słyszałem już wcześniej.

I zgodnie z obietnicą, którą złożyłem samemu sobie kilka dni wcześniej…

bez pośpiechu.

W tym tygodniu to ja miałem kontrolować ADHD.

Nie ono mnie.

Droga prowadziła przez coraz bardziej dzikie tereny.

W końcu dojechałem do bramy Parku Narodowego Bali Barat.

I tutaj pojawił się mały problem.

Strażnicy nie chcieli mnie wpuścić.

Przez chwilę tłumaczyłem, że mam umówione spotkanie z managerem hotelu.

Na początku patrzyli na mnie dość nieufnie.

Poprosiłem więc, żeby po prostu zadzwonili do hotelu.

Kilka minut później wszystko się zmieniło.

Uśmiechy.

Przeprosiny.

I szeroko otwarta brama.

To był dopiero początek.

Od wjazdu do samego hotelu czekało mnie jeszcze około dwudziestu minut jazdy skuterem przez środek parku narodowego.

Przyznam…

to była jedna z piękniejszych dróg, jakie przejechałem na Bali.

Gęsta tropikalna roślinność.

Ogromne drzewa.

Śpiew ptaków.

Małpy.

A nawet jelenie spokojnie spacerujące między drzewami.

Momentami miałem wrażenie, że jadę przez scenografię do filmu przyrodniczego.

Na miejscu czekał już manager.

Bardzo serdecznie mnie przywitał.

Po chwili rozpoczęliśmy zwiedzanie.

Hotel miał swój wyjątkowy klimat.

Był duży.

Elegancki.

Bardzo dobrze wkomponowany w otaczającą go naturę.

Przez ponad dwie godziny oglądałem kolejne części obiektu, poznając historię jego powstania.

Oprowadzał mnie jeden z pracowników.

Bardzo sympatyczny chłopak.

Podczas rozmowy okazało się, że pochodzi z… Sumatry.

Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o jego rodzinie, pracy i życiu.

Powiedział mi, że na Bali pracuje przez większość roku, a do rodzinnego domu wraca tylko raz w roku.

Podróż?

Dwa dni autobusem.

Dwa dni.

Przyznam, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie.

Na końcu wymieniliśmy się numerami telefonów.

Obiecałem mu, że kiedyś odwiedzę Sumatrę.

A on uśmiechnął się od ucha do ucha.

Takie spotkania przypominają mi, dlaczego tak bardzo kocham podróżować.

Nie dla hoteli.

Nie dla atrakcji.

Ale dla ludzi.

Podczas zwiedzania wypytywałem również o historię samego miejsca.

Dowiedziałem się, że właścicielem hotelu jest przedsiębiorca z Dżakarty, który posiada kilka podobnych obiektów w różnych częściach Indonezji.

I wtedy przyszła do mnie pewna refleksja.

Jak bardzo niesprawiedliwy potrafi być świat.

Jedni posiadają ogromne majątki.

Inni pracują całymi dniami, często z dala od swoich rodzin, żeby zapewnić bliskim podstawowe warunki do życia.

To nie była zazdrość.

Bardziej smutek.

Bo podróże uczą pokory.

Pokazują świat, którego często nie dostrzegamy, siedząc wygodnie we własnym domu.

Dlatego chciałbym Was o coś poprosić.

Naprawdę doceńcie to, co macie.

Zdrowie.

Rodzinę.

Bezpieczeństwo.

Możliwość wyboru.

Bo dla milionów ludzi na świecie to wciąż luksus.

Na zakończenie spotkania czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka.

Obsługa przygotowała dla mnie obiad.

Kompletnie się tego nie spodziewałem.

Usiedliśmy.

Porozmawialiśmy jeszcze chwilę.

A ja, patrząc na widok rozciągający się przede mną, pomyślałem…

jak niewiele czasami potrzeba do szczęścia.

Czy hotel spodobał mi się?

Tak.

Bardzo.

Czy widziałbym tutaj C.U.D. Experience?

Niestety nie.

Po raz kolejny przekonałem się, że piękne miejsce nie zawsze oznacza właściwe miejsce.

Po powrocie do Pemuteran zjadłem późny obiad i od razu kupiłem coś na kolację.

Wieczorem zrobiłem jeszcze spokojną sesję Yin Yogi.

A później próbowałem zasnąć.

Zatoki nadal nie odpuszczały.

A materac…

cóż…

wciąż uparcie wbijał mi się w… wiadomo gdzie.

Zachód słońca na plaży w Lovinie na Bali.

Sobota — czasami najlepszą decyzją jest odpuścić

Tej nocy wydarzył się mały sukces.

Spałem około sześciu godzin.

Może organizm był już tak zmęczony, że po prostu się poddał.

A może w końcu zaczęły działać leki.

Tak czy inaczej…

obudziłem się z odrobinę większą energią.

Po śniadaniu ruszyłem w stronę kolejnego punktu na mapie.

Lovina.

To miejsce od dawna znajdowało się na mojej liście.

Najbardziej kojarzy się z jedną rzeczą.

Delfinami.

To właśnie dla nich każdego ranka setki ludzi wypływają na ocean.

Do hotelu dotarłem około południa.

Pierwsze, co zauważyłem?

Materac.

Tak.

Po dwóch nocach spędzonych na twardym łóżku naprawdę zacząłem doceniać takie rzeczy.

Położyłem się tylko na chwilę.

I…

zasnąłem praktycznie natychmiast.

To była jedna z najlepszych drzemek od wielu dni.

Po przebudzeniu pojechałem zobaczyć okolicę.

Lovina ma zupełnie inny klimat niż południe Bali.

Nie ma tutaj wielkich beach clubów.

Nie ma tłumów.

Nie ma pośpiechu.

Jest za to spokój.

Rybacy.

Czarna wulkaniczna plaża.

I zachody słońca, które mają w sobie coś bardzo kojącego.

Wieczorem usiadłem na plaży i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyłem przed siebie.

Plan na następny poranek był prosty.

Popłynąć zobaczyć delfiny.

Ale…

zatoki nadal były mocno zapchane.

Organizm wciąż walczył.

I wtedy powiedziałem sobie coś, czego kiedyś prawdopodobnie bym nie zrobił.

„Piotrek… odpuść.”

Delfiny nie uciekną.

Będą tutaj również za rok.

Zdrowie jest ważniejsze.

Jeszcze kilka lat temu pewnie i tak bym popłynął.

Bo przecież „szkoda okazji”.

Dzisiaj wiem, że nie każdą okazję trzeba wykorzystać.

Niektóre warto świadomie odłożyć na później.

I wiecie co?

Nie miałem z tego powodu żadnego żalu.

Wręcz przeciwnie.

Poczułem spokój.

Wieczorem zrobiłem jeszcze krótką sesję Yin Yogi.

A później poszedłem spać.

Pokaz mody dzieci w Lovinie na Bali.

Niedziela — czy dzieci powinny spełniać marzenia rodziców?

Tego ranka po raz pierwszy od wielu dni obudziłem się naprawdę wypoczęty.

Leki zaczynały działać.

Zatoki powoli odpuszczały.

A ja w końcu czułem, że wraca mi energia.

Po śniadaniu poznałem właściciela hotelu.

Marvina.

Bardzo szybko złapaliśmy wspólny język.

Okazało się, że przez osiemnaście lat pracował na statkach wycieczkowych.

Dzięki temu mówił świetnie po angielsku.

Rozmowa zeszła oczywiście na podróże.

Na moją pracę.

Na C.U.D. Experience.

I wtedy Marvin powiedział coś, co bardzo mnie zaciekawiło.

– „Znam miejsce, które powinieneś zobaczyć.”

Po śniadaniu wsiedliśmy na skutery.

Pojechaliśmy razem.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do pięknej willi ukrytej wśród zieleni.

Niestety nie mogłem zobaczyć całego obiektu.

Przebywali tam goście.

Uszanowałem ich prywatność.

Ale już po pierwszych minutach wiedziałem jedno.

To miejsce ma dokładnie taki klimat, jakiego szukam.

Spokój.

Kameralność.

Bliskość natury.

Bez niepotrzebnego przepychu.

Wziąłem kontakt.

Obiecałem sobie, że w przyszłym roku wrócę tutaj na spokojnie.

Mam przeczucie, że jeszcze o tym miejscu usłyszycie.

Po drodze Marvin pokazał mi jeszcze kilka zakątków okolicy.

Przejechaliśmy przez dżunglę.

Zatrzymywaliśmy się co chwilę, rozmawiając o życiu na Bali.

To był naprawdę piękny poranek.

Po powrocie zjadłem lunch.

A później…

oczywiście drzemka.

Powoli wracałem do formy.

Po południu wybrałem się na promenadę w Lovinie.

Tego dnia odbywał się tam pokaz mody dla dzieci.

Usiadłem z boku.

Obserwowałem.

Rodzice kibicowali.

Publiczność biła brawo.

Dziewczynki były przepięknie ubrane.

Widać było, ile pracy włożyły w przygotowania.

Niektóre promieniały szczęściem.

Były dumne.

Pewne siebie.

Ale po chwili zauważyłem coś jeszcze.

Kilka dziewczynek płakało.

Wyraźnie czuły ogromny stres.

I wtedy w mojej głowie pojawiło się pytanie.

Czy to nie jest jeszcze za wcześnie?

Czy dzieci naprawdę chcą być modelkami?

Czy może czasami próbują spełnić marzenia swoich rodziców?

Nie znam odpowiedzi.

I nie chcę nikogo oceniać.

Bo z drugiej strony być może właśnie dzięki takim wydarzeniom część dzieci buduje pewność siebie.

Uczy się odwagi.

Przełamuje własne lęki.

Granica między wspieraniem a wywieraniem presji bywa jednak bardzo cienka.

Ciekaw jestem, jakie jest Wasze zdanie.

Wieczór w Lovinie przed kolejnym etapem podróży po Bali.

Wieczorem postanowiłem zrobić coś, o czym marzyłem od kilku dni.

Pizza.

Nie byle jaka.

Ogromna.

Chrupiąca.

Z dużą ilością sera.

Od dawna za mną chodziła.

A że czułem się już zdecydowanie lepiej…

ogłosiłem oficjalnie „Dzień Świniaka”.

Tak.

To mój własny dzień, podczas którego jem praktycznie wszystko, na co mam ochotę.

Bez liczenia kalorii.

Bez analizowania makroskładników.

Bez wyrzutów sumienia.

I wiecie co?

Smakowała obłędnie.

Wciągnąłem całą.

Do ostatniego kawałka.

Czasami takie małe przyjemności smakują najlepiej.

Wieczorem wróciłem do hotelu.

Spakowałem rzeczy.

I położyłem się spać z ogromnym uśmiechem.

Bo następnego dnia wracałem do mojego azylu w górach.

Miejsca, które za każdym razem przypomina mi, dlaczego zakochałem się w tej części Bali.

I już nie mogłem się doczekać.

ZAKOŃCZENIE

Tydzień 25 podróży przypomniał mi o czymś, o czym bardzo łatwo zapominamy.

Nie każde miejsce, które wygląda pięknie na zdjęciach, będzie miejscem, w którym poczujemy się dobrze.

I odwrotnie.

Są miejsca, które na pierwszy rzut oka wydają się zwyczajne.

Nie mają największych basenów.

Nie mają marmurowych łazienek.

Nie mają złotych klamek.

A mimo to nie chce się z nich wyjeżdżać.

Bo to nie architektura tworzy atmosferę.

Tworzą ją ludzie.

To właśnie dlatego coraz bardziej wiem, czym ma być C.U.D. Experience.

Jeszcze kilka miesięcy temu szukałem przede wszystkim pięknych miejsc.

Dzisiaj szukam ludzi.

Ludzi z pasją.

Ludzi z sercem.

Ludzi, którzy witają Cię jak dawno niewidzianego przyjaciela.

Bo właśnie z takich spotkań rodzą się wspomnienia, które zostają z nami na całe życie.

Ten tydzień nauczył mnie również czegoś bardzo ważnego.

Że nawet ADHD można czasami… trochę oszukać.

Nie walczyć z nim.

Nie próbować go wyłączyć.

Tylko świadomie zwolnić.

Powiedzieć sobie:

„Spokojnie.

Nie wszystko musi wydarzyć się dzisiaj.”

I wiecie co?

Świat się od tego nie zawalił.

Mało tego.

Mam wrażenie, że dzięki temu zobaczyłem znacznie więcej.

Paradoksalnie właśnie wtedy, kiedy przestałem się spieszyć.

Był to również tydzień pełen małych rozczarowań.

Zatoki.

Kilka nieprzespanych nocy.

Rezygnacja z pływania z delfinami.

Kilka miejsc, które okazały się piękne, ale nie pasowały do mojej wizji.

Jeszcze kiedyś uznałbym to za stracony czas.

Dzisiaj wiem, że było dokładnie odwrotnie.

Bo każda odpowiedź „nie” przybliża mnie do właściwego „tak”.

To właśnie dzięki takim wyjazdom coraz lepiej rozumiem, czym ma być C.U.D. Experience.

Nie kolejnym luksusowym retreatem.

Nie wakacjami all inclusive.

Nie miejscem do robienia zdjęć na Instagrama.

Chcę tworzyć doświadczenia.

Takie, po których człowiek wraca do domu trochę spokojniejszy.

Trochę bardziej obecny.

Trochę bardziej wdzięczny.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo kocham tę drogę.

Bo nie tworzę tylko projektu.

Tworzę coś, co najpierw zmienia mnie.

A dopiero później będzie mogło zmieniać innych.

Przede mną kolejne miejsca.

Kolejne rozmowy.

Kolejni ludzie.

I kolejne kroki.

Mam jednak coraz większe przekonanie, że najważniejsze decyzje już zapadły.

Nie na papierze.

Nie w Excelu.

Nie podczas spotkań biznesowych.

Tylko gdzieś głęboko w sercu.

I to ono prowadzi mnie przez tę podróż.

Do zobaczenia za tydzień.

Bo jak zawsze…

najciekawsze historie dopiero przede mną. ❤️

Share this Article
Facebook Twitter Email Print
Leave a comment Leave a comment

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Follow Us

FACEBOOK
INSTAGRAM

Newsletter

Sprawdź swój email lub spam😉

© 2024 TravelPixieFreak, All Rights Reserved. Designed and developed by Axiri.pl and Stromk.pl

Bądź na bierząco!

Zapisz się do mojego newslettera i nigdy nie przegapisz moich najświeższych wpisów

Sprawdź swoją skrzynkę odbiorczą lub folder ze spamem, aby potwierdzić subskrypcję.

Zero spamu. Zrezygnuj z subskrypcji w dowolnym momencie.
Welcome Back!

Sign in to your account

Lost your password?