TYDZIEŃ 23 PODRÓŻY
📍 Bali – Pomelo Travel Outpost
🗓 6 lipca – 12 lipca
Gdy myślimy o podróżach, często wyobrażamy sobie spektakularne miejsca.
Wodospady.
Świątynie.
Egzotyczne wyspy.
Przygody, które później opowiadamy znajomym przez kolejne lata.
Ale prawda jest taka, że większość życia składa się z rzeczy znacznie mniej spektakularnych.
Z codzienności.
Z małych kroków.
Z rozmów.
Z pracy wykonywanej wtedy, kiedy nikt nie patrzy.
I właśnie taki był ten tydzień.
Bez wielkich fajerwerków.
Bez niesamowitych przygód.
Za to pełen pracy nad projektami, które są dla mnie ważne.
Nad Different Backgrounds. One Heart.
Nad Odcieniami Ludzkiego Życia.
I nad sobą samym.
Bo czasami największym wyzwaniem nie jest zdobycie kolejnego miejsca na mapie.
Tylko cierpliwość.
Zaufanie procesowi.
I wiara, że wszystko przyjdzie w odpowiednim czasie.
A z tym, jak wiecie, bywa u mnie różnie. 😂
Poniedziałek — marzenia dzieci są piękniejsze niż niejeden pałac
Poniedziałek rozpoczął się jak większość moich poniedziałków.
Pilates.
Już nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz opuściłem zajęcia.
Chyba naprawdę polubiłem to całe wyginanie się na reformerach. 😂
Po zajęciach wróciłem do domu, zjadłem śniadanie i zabrałem się za ostatnie przygotowania do lekcji angielskiego w sierocińcu.
Tematem były:
My Dream House oraz wszystko, co związane z wymarzonym domem.
Pokoje.
Ogród.
Basen.
Zwierzaki.
Kolory ścian.
I wszystko to, co dzieci chciałyby mieć w swoim wymarzonym miejscu na ziemi.
Po drugim śniadaniu wsiadłem na skuter i ruszyłem w drogę.
Jak zwykle przywitały mnie uśmiechy.
I jak zwykle od razu zrobiło mi się cieplej na sercu.
Przed lekcją odbyłem jeszcze krótką rozmowę z dyrektorem ośrodka.
Rozmawialiśmy o tym, jak można pomóc dzieciakom nie tylko teraz, ale również długofalowo.
Jak rozwijać ich zainteresowania.
Jak wspierać edukację.
Jak pokazywać im możliwości, których być może nigdy wcześniej nie widziały.
To są trudne rozmowy.
Bo potrzeby są ogromne.
A możliwości ograniczone.
Później rozpoczęliśmy zajęcia.
I jak zawsze wydarzyło się coś niezwykłego.
Dzieci po prostu zaczęły być dziećmi.
Śmiech.
Rysowanie.
Wygłupy.
Pomysły, które mogłyby zawstydzić niejednego architekta. 😂
Jedno dziecko narysowało dom z basenem.
Drugie dom pełen zwierząt.
Ktoś chciał własne boisko.
Ktoś inny pokój większy od całego domu.
I właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Nie tylko o naukę angielskiego.
Ale o rozwijanie wyobraźni.
Pokazywanie, że można marzyć.
Że można planować.
Że można myśleć o przyszłości.
To właśnie jest dla mnie Different Backgrounds. One Heart.
Nie pomaganie dla zdjęć.
Nie pomaganie dla lajków.
Tylko dawanie dzieciom wiary, że ich życie może wyglądać inaczej.
W drodze powrotnej dopadły mnie jednak myśli.
Takie mniej przyjemne.
Coraz częściej widzę, że wiele osób deklaruje pomoc.
Mówi, że chce działać.
Że chce wspierać.
A później życie pokazuje coś zupełnie innego.
I nie ukrywam.
Przez chwilę złapałem lekkiego doła.
Bo czasami człowiek chciałby zrobić więcej.
Szybciej.
Mocniej.
Skuteczniej.
Na szczęście ten stan szybko minął.
Pojechałem na obiad.
A później na spacer nad ocean.
To miejsce od miesięcy działa na mnie lepiej niż niejeden psycholog. 😂
Wieczorem odpocząłem.
Poukładałem myśli.
I poszedłem spać.

Wtorek — czasami największą nagrodą są sukcesy innych ludzi
Wtorkowy poranek rozpocząłem spokojnie.
Yoga.
Śniadanie.
I praca nad
Jak co tydzień.
Później wróciłem do przygotowywania programu C.U.D. Retreat Hoi An 2027.
To właśnie teraz dzieje się najwięcej.
Tworzenie programu.
Układanie doświadczeń.
Dopracowywanie szczegółów.
Rozmowy z partnerami.
Tego dnia odbyłem również konsultację z Mimi w Wietnamie.
Jak zwykle była ogromnym wsparciem.
Przegadaliśmy wiele pomysłów i kolejnych kroków.
Im bardziej rozwijam ten projekt, tym mocniej czuję, że będzie czymś wyjątkowym.
W międzyczasie wrócił również pomysł stworzenia filmu dla dzieci z sierocińca.
Takiego, w którym ludzie z różnych krajów powiedzą kilka słów wsparcia.
Kilka zdań o marzeniach.
O odwadze.
O wierze w siebie.
Problem jest jeden.
Zebranie ludzi okazuje się trudniejsze, niż zakładałem.
Ale nie poddaję się.
Będę próbował dalej.
Bo wierzę, że efekt może być naprawdę piękny.
Po południu opłaciłem również hotele na kolejny wyjazd, który czeka mnie już w następnym tygodniu.
Powoli zaczynałem odliczać dni.
I wtedy wydarzyło się coś, co sprawiło mi ogromną radość.
Zaczęły przychodzić wiadomości z Polski.
Jedna po drugiej.
Moje dzieciaki, które od lat uczę angielskiego online, zdały egzaminy ósmoklasisty i matury z bardzo dobrymi wynikami.
Nie ukrywam.
Zrobiło mi się naprawdę ciepło na sercu.
Byłem z nich dumny.
Bardzo dumny.
To niesamowite uczucie obserwować, jak młodzi ludzie dorastają.
Jak pokonują kolejne etapy.
Jak zaczynają realizować własne marzenia.
I choć czasami wydaje mi się, że uczę ich angielskiego…
to prawda jest taka, że oni również uczą mnie wielu rzeczy.
Między innymi cierpliwości. 😂
Wieczór minął spokojnie.
A ja zasypiałem z poczuciem, że ten dzień był naprawdę dobry.
Środa — zwyczajny dzień też może być dobrym dniem
Środa nie przyniosła żadnych wielkich wydarzeń.
I wiecie co?
To też jest w porządku.
Od rana pracowałem nad kolejnymi materiałami do Odcieni Ludzkiego Życia.
Odpowiadałem na wiadomości.
Planowałem następne historie.
Rozmyślałem nad tym, kogo jeszcze chciałbym zaprosić do projektu.
Później pojechałem na siłownię.
Trochę się zmęczyć.
Trochę przewietrzyć głowę.
A trochę po prostu dlatego, że dobrze mi to robi.
Po treningu zabrałem aparat i poszedłem nad ocean.
Zrobiłem kilka zdjęć.
Pospacerowałem.
Posiedziałem chwilę sam ze sobą.
Bez muzyki.
Bez telefonu.
Bez pośpiechu.
To był jeden z tych dni, które trudno opisać.
Nic wyjątkowego się nie wydarzyło.
A mimo to był dobry.
Po prostu był.
I chyba wraz z wiekiem coraz bardziej doceniam właśnie takie dni.


Czwartek — kiedy energia gdzieś znika
Czwartkowy poranek rozpocząłem od stretchingu i śniadania.
Później opublikowałem kolejny wpis refleksyjny.
Tym razem dotyczący przemijania.
Tematu trudnego.
Ale bardzo ważnego.
Jeżeli jeszcze go nie czytaliście, możecie znaleźć go tutaj.
Po południu zabrałem się za planowanie wrześniowego wyjazdu na Nusa Lembongan oraz Lombok.
Jak zwykle pojawiło się milion pomysłów.
Co zobaczyć.
Gdzie pojechać.
Z kim się spotkać.
Jak połączyć pracę z odpoczynkiem.
A później…
jakby ktoś odciął prąd. 😂
Znacie to uczucie?
Kiedy głowa chce.
Pomysły są.
Lista zadań również.
A energia po prostu znika.
Tak właśnie wyglądała druga połowa tego dnia.
Nie miałem weny.
Nie miałem specjalnej motywacji.
Nie miałem ochoty zdobywać świata.
I wiecie co?
Coraz częściej uczę się, że to też jest w porządku.
Nie musimy codziennie być produktywni.
Nie musimy codziennie podbijać świata.
Czasami wystarczy po prostu być.
I pozwolić sobie odpocząć.
Nawet jeśli ADHD bardzo nie lubi takiego rozwiązania. 😂
Piątek — czasami marzenia stają się planem
Piątkowy poranek rozpoczął się jak zwykle.
Pilates.
Muszę przyznać, że jeszcze kilka miesięcy temu nie przypuszczałbym, że te zajęcia staną się tak ważną częścią mojego tygodnia. Dzisiaj nie wyobrażam sobie już piątku bez porządnego treningu. Człowiek wychodzi zmęczony, ale głowa jest jakby lżejsza. A przy ADHD to naprawdę bezcenne. 😂
Po powrocie zjadłem śniadanie i zabrałem się do pracy.
Nie spodziewałem się jednak, że tego dnia dostanę aż dwie wiadomości, które wywołają u mnie tyle emocji.
Pierwsza dotyczyła Surf & Bali Retreat 2027 dla młodzieży 18+.
W końcu otrzymałem oferty dotyczące lekcji surfingu oraz motocrossu.
Miejsce mam już praktycznie wybrane.
I powiem Wam tylko tyle…
będzie naprawdę wyjątkowe.
Na razie jednak nic więcej nie zdradzam.
Jeszcze trochę cierpliwości. 😊
Kilka godzin później wydarzyło się coś, na co czekałem od wielu tygodni.
Na skrzynkę mailową przyszła wiadomość z Wietnamu.
Otworzyłem ją i już po pierwszych zdaniach wiedziałem, że to jest ten moment.
Villa, którą wybrałem na C.U.D. Experience Hoi An 2027, oficjalnie potwierdziła możliwość organizacji mojego pierwszego C.U.D.
Dodatkowo przesłali dostępne terminy.
20–30 marca 2027.
Przeczytałem wiadomość jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Uśmiechnąłem się sam do siebie.
Wiecie, co zrobiłem później?
Po prostu usiadłem.
Na kilka minut odłożyłem telefon.
Nie odpisałem od razu.
Nie zacząłem planować.
Nie pobiegłem dalej.
Usiadłem i pozwoliłem sobie poczuć tę chwilę.
Wdzięczność.
Radość.
Ekscytację.
I ogromną satysfakcję.
Bo nagle zdałem sobie sprawę, że coś, co jeszcze kilka miesięcy temu było tylko pomysłem zapisanym w notatniku…
powoli staje się rzeczywistością.
Przyznam się Wam do czegoś.
Czułem się trochę jak mały piesek, który widzi, że właściciel właśnie wrócił do domu i za chwilę dostanie ulubiony smakołyk. 😂
Pełna ekscytacja.
Radość.
I merdanie ogonem…
gdybym tylko go miał. 😂 no w sumie mam, hehe 😉
To był naprawdę piękny moment.
Takie chwile przypominają mi, że warto być cierpliwym.
Bo marzenia nie spełniają się z dnia na dzień.
Ale każdego dnia mogą być odrobinę bliżej.
Sobota — czasami największą podróżą jest spacer z własnymi myślami
Sobota upłynęła bardzo spokojnie.
Poranek wyglądał już niemal rytualnie.
Stretching.
Śniadanie.
Kawa.
I chwila dla siebie.
Później usiadłem do przygotowywania kolejnych materiałów oraz porządkowania wpisów.
Coraz bardziej zależy mi na tym, żeby cały blog był spójny.
Żeby każdy tydzień opowiadał nie tylko o miejscach, ale przede wszystkim o emocjach.
Bo właśnie one zostają z nami najdłużej.
Po południu pojechałem coś zjeść.
A później, jak bardzo często w ostatnich miesiącach…
nad ocean.
Spaceruję tam chyba częściej niż po własnym pokoju. 😂
To miejsce naprawdę działa na mnie kojąco.
Choć…
moje ADHD oczywiście nie odpuszcza.
Tysiące myśli.
Pomysł za pomysłem.
Nowe projekty.
Nowe kierunki.
Nowe pytania.
Czasami sam się z siebie śmieję.
Bo kiedy jedna osoba zastanawia się, co zje na kolację…
moja głowa zdąży zaplanować trzy retreaty, dwa nowe projekty społeczne, książkę i jeszcze wyjazd na Lombok. 😂
Na szczęście ocean ma tę niezwykłą moc, że potrafi trochę wyciszyć ten wewnętrzny chaos.
Wieczorem usiadłem z książką.
Później obejrzałem kolejny odcinek koreańskiego serialu, który ostatnio bardzo przypadł mi do gustu.
I zakończyłem dzień spokojnym snem.
Niedziela — małe zwycięstwa też warto świętować
Niedziela rozpoczęła się wcześnie.
Wsiadłem na skuter i pojechałem na lokalny rynek.
Uwielbiam takie miejsca.
Świeże owoce.
Warzywa.
Zapach przypraw.
Lokalni sprzedawcy.
I ta zwyczajna codzienność, której jako turysta często się nie zauważa.
Po powrocie zjadłem śniadanie.
Opublikowałem 22. tydzień podróży.
Jeszcze raz przeczytałem cały wpis.
I uświadomiłem sobie, jak wiele wydarzyło się przez ostatnie miesiące.
Nie tylko na mapie.
Przede wszystkim we mnie.
Później pojechałem na siłownię.
Tego dnia trening wszedł naprawdę dobrze.
A po powrocie…
praktycznie nic już nie robiłem.
I wiecie co?
Było mi z tym dobrze.
Jeszcze miesięcy temu miałbym wyrzuty sumienia.
Myślałbym, że marnuję dzień.
Że powinienem pracować.
Tworzyć.
Działać.
Dzisiaj coraz bardziej uczę się, że odpoczynek również jest częścią pracy.
I że głowa także potrzebuje czasu, żeby poukładać wszystkie myśli.
A tych, jak zwykle, nie brakowało. 😂

ZAKOŃCZENIE
Dwudziesty trzeci tydzień mojej podróży nie był tygodniem spektakularnych przygód.
Nie zdobywałem wulkanów.
Nie odkrywałem nowych wysp.
Nie było historii, które przyprawiają o dreszcze.
Ale był to tydzień niezwykle ważny.
Bo przypomniał mi, że wielkie rzeczy nie powstają jednego dnia.
Powstają codziennie.
Po trochu.
Z jednego maila.
Z jednej rozmowy.
Z jednej lekcji w sierocińcu.
Z jednego pomysłu.
Z jednego kroku.
I właśnie z takich małych kroków powoli rodzą się projekty, które jeszcze kilka miesięcy temu wydawały się nierealne.
Different Backgrounds. One Heart.
C.U.D. Experience.
Odcienie Ludzkiego Życia.
Każdy z nich rozwija się we własnym tempie.
I chyba właśnie tego uczy mnie ta podróż.
Nie wszystko musi wydarzyć się od razu.
Nie wszystko trzeba kontrolować.
Nie wszystko da się przyspieszyć.
Czasami wystarczy każdego dnia zrobić jeden mały krok.
A po pewnym czasie odwrócić się za siebie i zobaczyć, jak długą drogę już się przeszło.
I właśnie z taką myślą kończę dwudziesty trzeci tydzień mojej podróży.
Bo coraz mocniej wierzę, że najpiękniejsze rzeczy w życiu nie rodzą się z pośpiechu.
Rodzą się z cierpliwości.
Do zobaczenia w kolejnym tygodniu.
Przede mną następna podróż.
Następne miejsca.
Nowi ludzie.
I, jak zawsze…
kolejne odcienie ludzkiego życia. ❤️
