Tydzień 30 podróży – Sibetan Village, Pedanda, Ngewacakan Reading i powrót do siebie.
24–30 sierpnia 2026 | Bali
Trzydzieści tygodni.
Kiedy zaczynałem tę podróż, nie sądziłem, że po tylu miesiącach nadal będę odkrywał nowe miejsca, nowych ludzi, nowe historie… i przede wszystkim kolejne kawałki samego siebie.
Ten tydzień był wyjątkowy.
Była bardzo długa podróż skuterem, mała balijska wioska Sibetan, spotkanie z Pedandą, Ngewacakan Reading na podstawie balijskiego kalendarza Lontar, ceremonia oczyszczenia, symboliczne zerwanie więzi z tym, co już mi nie służy, a później… grill z rodziną, karaoke i świeże ryby.
Była też praca.
Surf & Ride Bali.
Planowanie kolejnych miesięcy.
A pomiędzy tym wszystkim pojawił się również ból głowy, zmęczenie i pytanie:
Czy czasami po prostu nie przesadzam?
Chyba właśnie tego uczę się podczas tej podróży najbardziej.
Nie tylko poznawać świat.
Ale również poznawać siebie.

Poniedziałek – Sibetan Village i spotkanie z Pedanda
Pobudka około 4:30.
O 5:00 siedziałem już na skuterze.
Przede mną prawie trzy godziny jazdy do Sibetan Village.
Tym razem nie jechałem jednak po prostu zobaczyć kolejnego miejsca na Bali.
Jechałem na spotkanie z Pedanda – balijskim kapłanem.
Droga była spokojna.
Im bliżej byłem celu, tym bardziej zmieniało się otoczenie. Coraz mniej ludzi, coraz mniej ruchu i coraz więcej zieleni.
Bali zaczęło wyglądać zupełnie inaczej.
Zamiast zatłoczonych ulic były góry, pola, małe wioski i niesamowite widoki.
I praktycznie zero turystów.
Uwielbiam takie miejsca.
Około 8:30 dotarłem na miejsce.
Wszyscy już na mnie czekali.
I wtedy rozpoczęło się doświadczenie, którego nie da się chyba opisać jednym zdaniem.

Ngewacakan Reading
Czekało mnie Ngewacakan Reading, związane z tradycyjnym balijskim systemem kalendarzowym i odczytem opartym na zapisach Lontar.
Nie traktowałem tego jako wizyty po „przepowiednię”.
Bardziej jako możliwość poznania sposobu, w jaki balijska tradycja interpretuje życie człowieka, jego charakter, relacje, energię i pewne momenty jego drogi.
Podczas odczytu pojawiały się różne odniesienia do mojego życia, charakteru, przeszłości i tego, co może mnie ograniczać.
Następnie przyszedł czas na oczyszczenie.
To właśnie ten element zrobił na mnie największe wrażenie.
Ceremonia miała symboliczny wymiar – oczyszczenie z tego, co człowiek chce zostawić za sobą, oraz zerwanie więzi z tym, co już nie powinno definiować jego dalszej drogi.
Nie chcę tutaj przedstawiać tego jako magicznego „resetu”.
Dla mnie najważniejsze było coś zupełnie innego.
Symbol.
Czasami potrzebujemy konkretnego momentu, żeby powiedzieć:
To było.
To mnie czegoś nauczyło.
Ale nie muszę zabierać tego ze sobą dalej.
Całość trwała ponad trzy godziny.
Było intensywnie.
Ciekawie.
Momentami bardzo emocjonalnie.
I zdecydowanie wyczerpująco.
Czy wszystko, co usłyszałem, przyjmuję bezkrytycznie?
Oczywiście, że nie.
I chyba właśnie to jest dla mnie najważniejsze.
Mogę doświadczać.
Mogę słuchać.
Mogę poznawać inne kultury.
Mogę być ciekawy.
A później sam zdecydować, co z tego jest moje.
To podejście zmieniło się u mnie bardzo mocno podczas tej podróży.
Kiedyś dużo szybciej mówiłem:
„Nie, to nie dla mnie.”
Dzisiaj częściej pytam:
„A dlaczego właściwie nie?”
I dopiero później wyrabiam sobie zdanie.

Obiad u wodza wioski
Po ceremonii pojechaliśmy do domu wodza wioski.
Po ponad trzech godzinach potrzebowałem przede wszystkim jedzenia. 😂
Czekał na nas porządny, sycący posiłek.
Usiedliśmy razem przy stole i zaczęliśmy rozmawiać.
O Bali.
O życiu.
O tradycjach.
O codzienności.
O tym, jak wygląda życie w tej części wyspy.
I właśnie takie chwile lubię najbardziej.
Nie wtedy, kiedy ktoś pokazuje mi „atrakcję turystyczną”.
Tylko wtedy, kiedy mogę usiąść z lokalnymi ludźmi przy jednym stole i przez chwilę być częścią ich codzienności.
Całe doświadczenie było możliwe dzięki Dwaraloka Bali.
Jeżeli chcecie poznać Bali trochę inaczej niż tylko przez plaże, hotele i turystyczne atrakcje – zdecydowanie warto ich sprawdzić.
Powrót i rodzinny grill
Po wszystkim czekała mnie jeszcze długa droga powrotna.
Tego samego dnia.
Skuter.
Kilka godzin drogi.
I powiem Wam szczerze – byłem już naprawdę zmęczony.
Ale wieczorem czekała mnie niespodzianka.
Grill z całą rodziną i znajomymi.
Świeże ryby.
Karaoke.
Śmiech.
Rozmowy.
I oczywiście dużo wygłupów.
Dzień, który rozpoczął się o piątej rano i był pełen mocnych doświadczeń, zakończył się jednym z tych wieczorów, które zostają w pamięci.
Byłem wykończony.
Ale szczęśliwy.
Wtorek – energia po ceremonii i C.U.D. Experience
Spałem jak zabity.
Naprawdę.
Ale mimo dobrego snu czułem, że poniedziałkowe doświadczenie kosztowało mnie sporo energii.
Zjadłem śniadanie i wróciłem do codzienności.
Praca nad MyDriverBali.com.
Siłownia.
Posiłki.
Maile.
I przede wszystkim dopinanie kolejnych szczegółów dotyczących miejsc, w których pojawi się C.U.D. Experience.
Jesteśmy coraz bliżej.
I powiem Wam szczerze…
Jestem naprawdę podekscytowany.
To moje małe dziecko.
Chcę, żeby każdy szczegół miał sens.
Żeby nie było przypadkowych elementów.
Żeby ludzie, którzy pojadą ze mną w tę podróż, czuli, że wszystko zostało przygotowane właśnie z myślą o nich.
Jeżeli jesteście ciekawi, jak projekt wygląda obecnie, możecie zajrzeć na:
Pierwsza oferta pojawi się już w październiku.
Trzymajcie kciuki. ❤️
Środa – Pilates, praca i kolejny krok
Środa zaczęła się standardowo.
Pilates.
A później komputer.
Przygotowałem slajdy do kolejnego materiału dla Odcieni Ludzkiego Życia.
Pracowałem również nad kosztorysem dla C.U.D. Surf & Ride Bali dla młodzieży 18+.
Miejsce wybrane.
Menu praktycznie dopracowane.
Większość atrakcji również.
Teraz trzeba tylko połączyć wszystkie elementy w jedną całość.
Czyli dokładnie to, co lubię najbardziej.
Planowanie.
Układanie.
Dopieszczanie.
I oczywiście próba przewidzenia wszystkiego.
Chociaż coraz częściej uczę się, że wszystkiego przewidzieć się nie da. 😂
Ah, ten brak koncentracji…
Tego dnia odkryłem również, że mój link do Buy Me a Coffee nie działał.
Dlaczego?
Bo…
zapomniałem dodać „.com”.
😂
Ah, ten brak koncentracji.
Na szczęście szybko wszystko naprawiłem.
Jeżeli chcecie wesprzeć moje podróżnicze historie, wiecie już, gdzie mnie znaleźć. 😉
Międzynarodowe prawo jazdy
Tego dnia rozpocząłem również proces wyrabiania międzynarodowego prawa jazdy.
Porozmawiałem z Donnym i zacząłem załatwiać formalności.
Przy moim sposobie podróżowania po Azji może się bardzo przydać.
Zwłaszcza kiedy większość miejsc odkrywam na skuterze.
Dam Wam znać, kiedy już dokument odbiorę.
Ocean, joga i cisza
Wieczorem oczywiście ocean.
To już praktycznie mój rytuał.
Spacer.
Oddychanie.
Porządkowanie myśli.
Kolacja.
Yoga.
I sen.
Czwartek – kiedy organizm mówi „stop”
Czwartek zaczął się zupełnie inaczej.
Obudziłem się z okropnym bólem głowy.
Nie miałem energii.
Rano zrobiłem tylko to, co było naprawdę konieczne – przygotowałem kolejny wpis refleksyjny do Odcieni Ludzkiego Życia.
A później…
Po prostu poszedłem spać.
Kiedyś pewnie próbowałbym się zmusić do działania.
Bo przecież trzeba.
Bo plan.
Bo praca.
Bo trening.
Bo jeszcze to.
Bo jeszcze tamto.
Dzisiaj coraz częściej potrafię powiedzieć:
Dobra. Stop.
Nie wiem, czy ból głowy był efektem zmęczenia po poniedziałkowej ceremonii, przebodźcowania, niewystarczającej regeneracji czy po prostu zwykłego przeciążenia.
Nie chcę też przypisywać go automatycznie samej ceremonii.
Czasami organizm po prostu wysyła wiadomość.
A wiadomość była dość wyraźna.
Zwolnij.
Ocean jako terapia
Po południu wstałem i postanowiłem pójść nad ocean.
Ponad godzina spaceru.
Techniki oddechowe.
Spokojne tempo.
I trochę pomogło.
Zauważyłem też jedną zabawną rzecz.
Kiedy idę nad ocean, praktycznie nie potrafię usiąść na dłużej niż pięć minut.
Muszę chodzić.
Cały czas.
Może to ADHD.
Może po prostu nie lubię leżeć i się opalać.
A może mój mózg potrzebuje ruchu, żeby się wyciszyć.
Sam jeszcze nie wiem.
Ale uczę się siebie.
I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Piątek – C.U.D. Experience i kolejna porcja pracy
Ból głowy jeszcze trochę został.
Ale funkcjonowałem.
Śniadanie.
Komputer.
I znowu C.U.D. Experience.
Tym razem pracowałem między innymi nad materiałem na LinkedIn.
Potem segregowanie materiałów do kolejnych rolek.
Rozmowa z moim informatykiem o stronie internetowej C.U.D.
Jak ma wyglądać?
Co powinno się na niej znaleźć?
Jak poprowadzić użytkownika?
Co uprościć?
Co jeszcze dopracować?
Niby kilka prostych pytań.
A jednak właśnie z takich małych decyzji powstaje później całość.
Pod wieczór poszedłem na siłownię.
Posiłki.
I koreańskie seriale.
Czyli klasyczny piątek. 😂
Sobota – zwalniam
Rano stretching.
Śniadanie.
I długi spacer nad oceanem.
Potem znowu komputer.
Praca nad C.U.D. Experience.
Przygotowałem również kilka wpisów refleksyjnych z wyprzedzeniem.
Dlaczego?
Bo za chwilę ruszam na Lombok.
I tym razem chcę naprawdę trochę pozwiedzać.
Nie tylko pracować.
Nie tylko planować.
Nie tylko siedzieć przy komputerze.
Chcę zobaczyć wyspę.
Pochodzić.
Pojeździć skuterem.
Popatrzeć na góry.
Pobyć nad oceanem.
I przede wszystkim trochę zresetować głowę.
Czasami żeby móc dalej tworzyć, trzeba na chwilę przestać tworzyć.

Niedziela – kolejny tydzień za mną
Niedziela zaczęła się od Pilatesu.
Później opublikowałem Tydzień 29 podróży.
Kolejny tydzień zamknięty.
Kolejna historia zapisana.
A później oczywiście…
Ocean.
Spacer.
Oddech.
Tym razem jednak pojawiło się również trochę planowania przyszłości.
Zacząłem szukać dobrych laboratoriów w Chiang Mai oraz klinik dentystycznych.
Skoro mam tam spędzić miesiąc, chcę również zadbać o rzeczy, które normalnie łatwo odłożyć na później.
Bo podróżowanie to nie tylko piękne widoki.
To również dbanie o siebie.
Wieczorem przyszedł czas na mój ulubiony serial.
I kolejny dzień dobiegł końca.
30 tygodni w podróży
Trzydzieści tygodni.
I kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, najbardziej niesamowite jest dla mnie to, jak bardzo zmieniło się moje podejście do podróżowania.
Na początku chciałem zobaczyć.
Zrobić.
Zdążyć.
Odhaczyć.
Dzisiaj coraz częściej chcę po prostu doświadczyć.
Nie muszę wszystkiego rozumieć.
Nie muszę ze wszystkim się zgadzać.
Nie muszę wszystkiego kontrolować.
Mogę wejść w nieznane.
Posłuchać.
Porozmawiać.
Doświadczyć.
A potem zdecydować, co zabieram ze sobą dalej.
Spotkanie z Pedanda było właśnie jednym z takich doświadczeń.
Nie wiem, czy wszystko, co usłyszałem podczas Ngewacakan Reading, okaże się dla mnie ważne.
Nie wiem, czy ceremonia rzeczywiście coś „zmieniła”.
Ale wiem jedno.
Zatrzymałem się.
Pomyślałem o tym, co było.
O tym, co jest.
I o tym, co chcę zabrać ze sobą dalej.
A może czasami właśnie tego potrzebujemy najbardziej.
Nie kolejnej odpowiedzi.
Tylko chwili, w której możemy zadać sobie właściwe pytanie.
