📍 Siem Reap – joga, lokalne historie i życie poza przewodnikiem
🗓 13 lutego – 20 lutego
Ten tydzień był… intensywny.
Pełen ludzi. Pełen rozmów. Pełen momentów, które zostają w głowie na długo.
A ja?
Jak zwykle trochę tu, trochę tam. ADHD w wersji kambodżańskiej.
Poranki i Yin Yoga
Dzień zaczynałem klasycznie.
Śniadanie od żony Saroma — palce lizać. Serio.
Potem skuter. 20 minut jazdy do Aum Yoga Center.

Yin Yoga.
Prowadząca – Jasmin z Francji. Uśmiechnięta, spokojna, taka „miękka energia”.
Została w Siem Reap, bo kocha ciszę tego miejsca.
Yin zawsze robi ze mną to samo.
Ciało puszcza.
Głowa zwalnia.
Mózg przestaje skakać jak piłeczka pingpongowa.
Przy ADHD to złoto.
Po zajęciach miałem wrażenie, że chce mi się żyć bardziej.
Pattica San
Poznałem go przez Saroma.
Koordynator sieci Pomelo Outpost.
Facet, który mówi po koreańsku, angielsku i khmersku.
Studiował w Korei i na Hawajach.
Chce zostać politykiem i pomagać swojemu krajowi.
Brzmi jak film? Trochę tak.

Pierwsza rozmowa trwała… dwie godziny.
Opowiedział mi swoją historię.
Nie była łatwa.
Ojciec Nigeryjczyk.
W Kambodży to nie zawsze „neutralne”.
Był prześladowany.
Rodzina oddała go do sierocińca.
I tu człowiek znowu milknie.
Dzisiaj ma 31 lat.
Uśmiechnięty. Świadomy. Inteligentny.
Z ogromną wiedzą.
Ja zawsze wierzyłem, że każdy ma historię, z której inni mogą się uczyć.
Pattica tylko mnie w tym utwierdził.
Jak wszystko dobrze pójdzie historia Pattica San znajdzie się też w serii artykułów „Odcienie ludzkiego życia”.
Jezioro, którego nie znają turyści
Zabrał mnie nad jezioro za Angkor Wat.
Miejsce, o którym nie przeczytacie w przewodnikach.



Lokalsi. Cisza. Spokój.
Pattica co chwilę rzucał historią o miejscu, które mijaliśmy.
Ja tylko słuchałem.
I znowu miałem to uczucie:
Jak mało wiem, hehe
„Mount Fuji” po kambodżańsku
Zabrał mnie też do kawiarni z widokiem na lokalną górę.
O zachodzie wyglądała jak Mount Fuji.
Serio.

Miejsce raczej dla bogatszych Khmerów.
Kawa mrożona — 5 dolarów.
Na lokalne standardy? Kosmos.
Pattica opowiadał mi o weselach, o zwyczajach, o różnicach kulturowych.
Siedzieliśmy, patrzyliśmy i rozmawialiśmy.
Nie chciał ani dolara za cały dzień.
Po prostu był. Dziękuję Pattica 🙂
Pottery Class
Wspomniałem mu mimochodem, że mam umówioną pottery class.
Odpowiedział:
„To moja przyszywana ciocia to prowadzi. Jadę z Tobą.”
No i pojechaliśmy.

Ciocia — uśmiech od ucha do ucha.
Ściskanie. Ciepło. Zero dystansu.
Nigdy wcześniej nie robiłem ceramiki.
Skupienie. Koncentracja.
Dla mnie wyzwanie.

Wpadłem na pomysł, żeby wygrawerować coś śmiesznego do owsianki.
Córka „cioci” pomogła mi to dopracować.
Ma talent. Serio.
Miseczka jedzie ze mną dalej.
Takie małe przypomnienie, że można zwolnić.
Cooking Class
I to była petarda.
Było nas czworo.
Trzy osoby z Francji i ja.
Prowadząca?
Charyzma x100.

JAK WIDAĆ NA ZDJĘCIU TYLKO TRZY STOPY…JEDNA GDZIEŚ POSZŁA 🙂
Śmialiśmy się od początku do końca.
Na koniec rzuciłem do niej, że nie mogę się doczekać naszej randki wieczorem.
Wszyscy płakali ze śmiechu.
(Oczywiście randki nie było 😉)
Zrobiłem kilka zdrowych dań.
Wyszły świetnie.
Poza mango salad… coś nie pykło.
Ale cóż — nie jestem jeszcze Top Chefem.
Ten tydzień nauczył mnie jednego
Ludzie.
Nie świątynie.
Nie zabytki.
Nie atrakcje.
Ludzie tworzą podróż.
Każdy ma historię.
Czasem bolesną.
Czasem inspirującą.
Zawsze wartą wysłuchania.
A ja?
Ja po prostu miałem szczęście być w odpowiednim miejscu i czasie.
I tak, dalej skaczę z tematu na temat.
Ale może właśnie o to chodzi.
