Tydzień 28 podróży: Kiedy niektóre miejsca stają się domem.
9–16 sierpnia 2026 • Bali
Desa Kedis Durenne Retreat → Pomelo Travel Outpost Bali
Dwudziesty ósmy tydzień podróży był dla mnie wyjątkowy z bardzo prostego powodu.
Znowu wróciłem do mojego azylu.
Do Desa Kedis Durenne Retreat.
Tym razem jednak nie sam.
Czekała tam na mnie Mimi z rodziną. – Bohaterka historii „Odcienie ludzkiego Życia”.
Był wspólny spacer do ukrytego wodospadu, balijski cooking class, rozmowy o C.U.D. Experience, mnóstwo śmiechu i kolejny wieczór, podczas którego czas jak zwykle przestał mieć znaczenie.
A potem powrót do codzienności w Pomelo Travel Outpost Bali.
Był Pilates.
Praca.
Siłownia.
Ocean.
„Odcienie Ludzkiego Życia”.
C.U.D. Experience.
Planowanie wrześniowej wyprawy na Lombok.
I coś, co bardzo mnie poruszyło — możliwość zobaczenia z bliska balijskiej ceremonii pogrzebowej.
Ten tydzień po raz kolejny pokazał mi, że podróż nie jest tylko przemieszczaniem się z punktu A do B.
To przede wszystkim ludzie, doświadczenia i momenty, które zostają w głowie na długo.

PONIEDZIAŁEK — POWRÓT DO MOJEGO AZYLU ❤️
Wstałem rano, zjadłem śniadanko i ruszyłem do mojego azylu.
Tym razem podróż była naprawdę spokojna.
Jedna przerwa po drodze i jazda bez niepotrzebnego pośpiechu.
Kiedyś potrafiłem jechać jak narwaniec.
Teraz coraz częściej łapię się na tym, że jadę spokojniej.
Wolniej.
Uważniej.
I chyba właśnie tego nauczyła mnie podróż.
Że naprawdę nie muszę się wszędzie spieszyć.
Dojechałem chwilę po 10:00.
Mimi z rodziną już czekała.
Ciepłe przywitanie.
Uściski.
Uśmiechy.
A chwilę później przywitałem się z rodziną Dayu.
I wiecie co?
Wystarczyło kilka minut.
Od razu poczułem się jak w domu.
Żarty zaczęły się praktycznie natychmiast.
Śmiech.
Rozmowy.
Wygłupy.
I znowu mogłem być po prostu sobą.
Bez zastanawiania się, co wypada.
Bez żadnego udawania.
Po prostu Piotr.
Taki, jaki jestem.
Dayu oczywiście przygotowała dla mnie lunch.
Jak zwykle — świeży, domowy i przepyszny.
Po posiłku Mimi zapytała:
„Pokażesz nam ten sekretny wodospad?”
No pewnie, że pokazałem. 🙂
Ale zanim ruszyliśmy, zaczęliśmy rozmawiać o C.U.D. Experience w Hoi An.
Mimi jest moją koordynatorką na miejscu i razem pracujemy nad tym projektem.
Dlatego takie spotkania są dla mnie bardzo ważne.
Rozmawialiśmy o szczegółach, pomysłach i kolejnych krokach.
I oczywiście…
czas znowu zrobił swoje.
Spojrzeliśmy na zegarek.
Trzeba było ruszać.


SEKRETNY WODOSPAD
Po około 15 minutach byliśmy na miejscu.
Ruszyliśmy w stronę dżungli.
I nagle…
rozmowy ucichły.
Nie dlatego, że nie mieliśmy o czym rozmawiać.
Po prostu natura zrobiła całą robotę.
Szliśmy.
Patrzyliśmy.
Słuchaliśmy.
Podziwialiśmy.
I przez chwilę nie potrzebowaliśmy niczego więcej.
Wodospad był piękny.
Ale chyba jeszcze bardziej podobało mi się to, że miejsce było praktycznie puste.
Żadnych tłumów.
Żadnego hałasu.
Tylko my i natura.
Córka Mimi na początku trochę się obawiała.
A później?
Chodziła ze mną po skałach.
I właśnie takie momenty uwielbiam najbardziej.
Kiedy ktoś na początku czegoś się boi, a po chwili zaczyna odkrywać, że jednak może.
Cała wyprawa zajęła nam około dwóch godzin.
I wróciliśmy do domu.
Ale czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka.



COOKING CLASS
Okazało się, że Dayu przygotowała dla nas cooking class experience.
I powiem Wam szczerze…
nie wiem dlaczego, ale uwielbiam cooking classes podczas podróży.
To jedno z tych doświadczeń, które pozwalają naprawdę wejść w codzienność danego miejsca.
Nie tylko patrzysz.
Nie tylko jesz.
Ale robisz coś razem z ludźmi.
Na stole czekały świeże warzywa, przyprawy, ryby i mięso.
Wszystko świeże.
Wszystko przygotowane.
I zaczęła się zabawa.
Dużo śmiechu.
Rozmów.
Wygłupów.
Interakcji.
I oczywiście jedzenia. 🙂
Jeżeli chcecie zobaczyć, jak to wyglądało, wrzuciłem materiał na Instagram.
Zobaczcie sami.
Wieczorem przyjechał również Putu.
I wtedy już wiadomo było, że szybko nie pójdziemy spać.
Wszyscy powoli się rozeszli.
A my jak zwykle siedzieliśmy i rozmawialiśmy do późnej nocy.
Jak starzy, dobrzy kumple.
O wszystkim.
O życiu.
O ludziach.
O planach.
O C.U.D.
O świecie.
Poszedłem spać około północy.
I zasnąłem jak dziecko.
Jak zawsze tutaj.
WTOREK — „DO ZOBACZENIA”, A NIE „ŻEGNAJ”
Obudziłem się około 8:00.
Wyspany.
Zjadłem śniadanie i razem z Mimi dokończyliśmy pracę, którą rozpoczęliśmy dzień wcześniej.
Potem spakowałem rzeczy.
Plan był prosty.
Po drugim posiłku, około południa, ruszam do domu.
Ale…
pojawił się Putu.
Zaczęliśmy rozmawiać.
Jedna historia.
Druga.
Trzecia.
Śmiech.
I nagle spojrzałem na zegarek.
13:30.
No dobra…
Chyba jednak trochę się zagadaliśmy. 🙂
Pożegnaliśmy się.
A właściwie nie było to nawet pożegnanie.
Powiedziałem:
„Do zobaczenia 10 września.”
Wtedy wracam tutaj na pięć nocy.
I już teraz nie mogę się doczekać.
Droga powrotna była przyjemna.
Bez pośpiechu.
Chociaż…
jechałem szybko. 🙂
Uwielbiam jazdę skuterem.
Kiedy jadę sam, mam poczucie wolności.
Droga.
Wiatr.
Widoki.
I ta świadomość, że mogę po prostu skręcić gdzieś, gdzie jeszcze mnie nie było.
Do Pomelo Travel Outpost Bali dotarłem około 16:00.
Szybki prysznic.
Przebranie.
Jedzenie.
A wieczorem wrzuciłem jeszcze wszystkie materiały na MyDriverBali.com.
Pogadałem z rodziną.
I poszedłem spać.
ŚRODA — POWRÓT DO CODZIENNOŚCI
Środa zaczęła się od Pilatesu.
Potem oddałem ubrania do pralni.
I wróciłem do pracy nad Odcieniami Ludzkiego Życia.
Po kilku dniach pełnych ludzi, rozmów i wyjazdów potrzebowałem trochę spokojniejszego rytmu.
Praca.
Spacer nad oceanem.
Obiad.
Joga.
Sen.
Niby nic wielkiego.
Ale właśnie takie dni pozwalają mi złapać równowagę.
CZWARTEK — KIEDY WYGRYWAM Z ADHD
Obudziłem się wyspany.
Bez żadnego bólu.
Bez zatok.
Bez zatkanego nosa.
W końcu! 🙂
Zjadłem śniadanie i zabrałem się za przygotowanie wpisu refleksyjnego na kolejny tydzień.
Normalnie kilka dni wcześniej pewnie zacząłbym się stresować.
„Dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem?”
„Przecież powinienem.”
„Mam termin.”
Tym razem?
Pomyślałem:
„Przecież nic się nie stanie.”
I wiecie co?
Nic się nie stało.
To chyba jeden z tych momentów, kiedy to ja wygrałem z ADHD. 🙂
Nie zawsze muszę być produktywny.
Nie zawsze wszystko musi być zrobione natychmiast.
Czasami można po prostu odpuścić.
I świat się nie zawali.
Po lunchu pojechałem na siłownię.
Plan był taki, żeby zrobić lżejszy trening.
Głowa chciała oczywiście czegoś zupełnie innego.
Ale tym razem wygrałem ja.
Zrobiłem spokojniejszy trening.
I jestem z siebie zadowolony.


BALIJSKI POGRZEB — SPOTKANIE Z INNĄ PERSPEKTYWĄ ŚMIERCI
Ale tego dnia wydarzyło się jeszcze coś bardzo ważnego.
Wczesnym rankiem poszedłem zobaczyć, jak wygląda lokalna ceremonia pogrzebowa w wiosce, w której mieszkam.
Zmarł sąsiad.
Od rana odbywały się uroczystości.
Słychać było gamelan.
Ludzie byli ubrani w tradycyjne stroje.
Cała atmosfera była zupełnie inna od tego, co znamy z Europy.
To, co widziałem, było częścią balijskiej tradycji hinduistycznej związanej z Ngaben, czyli ceremonią kremacji i rytuałem przejścia.
I tutaj warto powiedzieć jedną ważną rzecz.
To, co zobaczyłem tego dnia, było konkretną lokalną ceremonią, a niekoniecznie pełnym przebiegiem wszystkich możliwych etapów Ngaben. Balijskie ceremonie różnią się w zależności od miejscowości, rodziny, tradycji i rodzaju ceremonii.
W tradycji hinduistycznej Bali kremacja nie jest rozumiana po prostu jako „spalenie ciała”.
Jej celem jest symboliczne uwolnienie duszy od materialnego ciała i zwrócenie elementów ciała naturze. Oficjalne źródło kultury Bali opisuje Ngaben jako część Pitra Yajña, związaną z uwolnieniem atmy od elementów materialnych i jej dalszą duchową drogą.
W zależności od rodzaju ceremonii przygotowanie może obejmować oczyszczenie ciała, modlitwy i rytuały związane z przygotowaniem zmarłego. Później następują kolejne ceremonie duchowe, a w kulminacyjnym momencie ciało zostaje poddane kremacji.
W bardziej rozbudowanych ceremoniach można zobaczyć bade — ceremonialną konstrukcję służącą do transportu zmarłego — oraz patulangan, symboliczny element związany z miejscem kremacji. Procesji mogą towarzyszyć gamelan, modlitwy i społeczność uczestnicząca w ceremonii.
Po kremacji następuje kolejny ważny etap — nganyut, czyli rytualne odprowadzenie pozostałości po kremacji do wody. W zależności od lokalnej tradycji może to być morze, rzeka lub inne miejsce związane z wodą.
I właśnie to uderzyło mnie najbardziej.
W naszej europejskiej kulturze śmierć często kojarzy się przede wszystkim z ogromnym smutkiem.
Tutaj zobaczyłem coś innego.
Oczywiście była powaga.
Był szacunek.
Była strata.
Ale jednocześnie było poczucie rytuału, wspólnoty i przejścia.
Nie chcę oceniać, który sposób przeżywania śmierci jest lepszy.
Po prostu po raz kolejny zobaczyłem, jak bardzo kultura wpływa na sposób, w jaki patrzymy na życie, śmierć i pożegnanie.
I właśnie dlatego podróże są dla mnie tak ważne.
Bo czasami wystarczy stanąć na chwilę obok i obserwować.
Nie oceniać.
Nie porównywać.
Po prostu zobaczyć.
Nagrałem również trochę materiału z tego dnia.
Zobaczcie na Instagramie.
I proszę — jeżeli oglądacie takie materiały, pamiętajcie o jednym:
to nie jest przedstawienie.
To czyjeś życie.
Czyjaś rodzina.
Czyjaś strata.
Dlatego warto patrzeć z szacunkiem.

PIĄTEK — C.U.D. EXPERIENCE
Piątek to już tradycyjnie dzień C.U.D. Experience.
Dużo pracy przy komputerze.
Maile.
Pytania.
Odpowiedzi.
Planowanie.
Dopieszczanie szczegółów.
I właśnie to lubię.
Bo C.U.D. nie ma być kolejnym przypadkowym wyjazdem.
Chcę, żeby wszystko było przemyślane.
Od pierwszego kontaktu.
Przez miejsce.
Ludzi.
Atmosferę.
Program.
Aż po najmniejszy szczegół.
To moje małe dziecko.
I chcę, żeby było naprawdę wyjątkowe.
Wiem, że jeszcze dużo pracy przede mną.
Ale im więcej nad tym pracuję, tym bardziej jestem przekonany, że warto.
W połowie dnia zrobiłem przerwę.
Spacer nad oceanem.
Oddech.
Trochę ciszy.
I znowu do komputera.
Trzymajcie kciuki.
Zobaczycie sami. ❤️
SOBOTA — LOMBOK W GŁOWIE
Sobota rozpoczęła się jak zwykle.
Siłownia.
Poranek.
Ruch.
A później zaczęła się kolejna podróż.
Tym razem…
jeszcze nie w rzeczywistości.
W głowie. 🙂
Zacząłem planować moją wrześniową wyprawę na Lombok.
Chcę zrobić objazdówkę po wyspie.
Oczywiście…
na skuterze.
Bo jak inaczej? 🙂
Lubię ten sposób podróżowania.
Daje mi wolność.
Nie jestem przywiązany do rozkładów.
Mogę zatrzymać się tam, gdzie chcę.
Skręcić w boczną drogę.
Zobaczyć coś, czego nie miałem w planie.
I właśnie tego chcę od Lomboku.
Nie tylko „zaliczyć” miejsca.
Chcę zobaczyć wyspę po swojemu.
Po planowaniu przyszedł czas na odpoczynek.
Kolacja.
Stretching.
I sen.
Bo rano czekał Pilates.


NIEDZIELA — SPOKOJNE ZAMKNIĘCIE TYGODNIA
Niedziela.
Pilates z samego rana.
Później opublikowałem 27. tydzień podróży.
I oczywiście musiałem zrobić jeszcze jedną bardzo ważną rzecz.
Doładować kartę SIM.
Jak wiecie, z kartą SIM miałem już swoje przygody.
Zawsze coś.
Zawsze problem.
Zawsze musiało być inaczej niż powinno. 🙂
Ale tym razem?
Poszło idealnie.
Wszystko działało.
Bez problemów.
Czyli chyba w końcu przełamałem klątwę karty SIM. 🙂
Później pojechałem nad ocean.
Spacer.
Oddech.
Uspokojenie myśli.
To jeden z tych prostych rytuałów, które bardzo mi pomagają.
W drodze powrotnej okazało się jednak, że moje ulubione knajpy nadal są zamknięte.
A ja naprawdę nie lubię jeść „byle gdzie”.
Ale dobra wiadomość:
w środę jedna z nich znowu się otwiera!
Jupiii! 🙂
Wróciłem do domu.
Wszyscy siedzieli przy stole w kuchni.
Więc oczywiście dołączyłem.
Rozmowy.
Śmiech.
Zwykłe życie.
A później obejrzałem mój ulubiony serial „Lioness”.
Jeżeli ktoś jeszcze nie oglądał…
polecam. 🙂
I tym sposobem zakończyłem kolejny tydzień.
PODSUMOWANIE — DOM NIE ZAWSZE JEST MIEJSCEM
Tydzień 28 podróży nauczył mnie kolejnej rzeczy.
Że można wrócić w to samo miejsce i za każdym razem przeżyć coś zupełnie innego.
Desa Kedis Durenne Retreat znowu było moim domem.
Ale tym razem pojawiła się tam Mimi z rodziną.
Był wodospad.
Cooking class.
Rozmowy.
Praca nad C.U.D. Experience.
A przede wszystkim dużo zwykłego, ludzkiego śmiechu.
Później wróciłem do mojego codziennego życia w Pomelo.
Do pracy.
Pilatesu.
Siłowni.
Oceanu.
Pisania.
Planowania.
I kolejnych marzeń.
Zobaczyłem również coś, co przypomniało mi, że życie ma wiele różnych twarzy.
Narodziny.
Życie.
Śmierć.
Pożegnanie.
I wszystko pomiędzy.
I znowu pomyślałem:
Jak bardzo różnimy się między sobą.
Różne kultury.
Różne religie.
Różne historie.
Różne sposoby patrzenia na życie.
A jednak…
pod spodem wszyscy jesteśmy ludźmi.
Different Backgrounds. One Heart. ❤️
A ja?
Jadę dalej.
We wrześniu Lombok.
C.U.D. Experience.
Kolejne historie.
Kolejni ludzie.
Kolejne miejsca.
I coraz większe przekonanie, że ta podróż jest czymś znacznie większym niż tylko przemieszczaniem się po świecie.
To podróż przez ludzi.
Przez doświadczenia.
I przede wszystkim…
przez samego siebie.
