Korzystając z tej witryny, wyrażasz zgodę na Politykę prywatności
Accept

Travel𝝅Freak

Pixie travel

  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • Dziennik Podróży
    • Dziennik Podróży
    • Slow travel
  • Odcienie ludzkiego życia
  • C.U.D
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Inne
    • O Mnie
    • Kontakt
Reading: TYDZIEŃ 26 PODRÓŻY

Travel𝝅Freak

Pixie travel

  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • Dziennik Podróży
  • Odcienie ludzkiego życia
  • C.U.D
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Inne
Search
  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • Dziennik Podróży
    • Dziennik Podróży
    • Slow travel
  • Odcienie ludzkiego życia
  • C.U.D
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Inne
    • O Mnie
    • Kontakt
Have an existing account? Sign In
Follow US
High Quality Design Resources for Free.

Home » Dziennik Podróży » TYDZIEŃ 26 PODRÓŻY

Dziennik Podróży

TYDZIEŃ 26 PODRÓŻY

Najpiękniejsze miejsca na świecie nie zawsze mają najpiękniejsze widoki. Czasami największym luksusem są ludzie, przy których możesz być po prostu sobą.

travelpixie
Last updated: 2026/08/09 at 1:19 AM
travelpixie 22 Min Read
Share
Highlights
  • Desa Kedis jako drugi dom.
  • Durenne Retreat
  • Ludzie ważniejsi od miejsc.
  • Wolność i spokój dżungli.
  • Powrót do zdrowia po problemach z zatokami
  • Bali poza utartym szlakiem
  • Budowanie C.U.D. Experience

TYDZIEŃ 26 PODRÓŻY – 📍 Desa Kedis Durenne Retreat • Pomelo Travel Outpost Bali

Spis Treści
Poniedziałek — są ludzie, przy których po prostu oddychasz spokojniejWtorek — kiedy przestajesz oceniać świat, zaczynasz go naprawdę poznawaćŚroda — czasami wystarczą dwa dni, żeby naładować baterieCzwartek — czasami najlepszą terapią jest… trzyletni chłopiecPiątek — marzenia nie budują się sameSobota — nic nierobienie też jest produktywneNiedziela — szczęście często chodzi na smyczy… z kurąZAKOŃCZENIE

🗓 27 lipca – 2 sierpnia

Po kilku tygodniach objeżdżania północnego Bali, odwiedzania kolejnych hoteli, spotkań z managerami i nieustannego szukania idealnych miejsc dla C.U.D. Experience, przyszedł czas na coś, czego chyba najbardziej potrzebowałem.

Na powrót.

Nie tylko do miejsca.

Przede wszystkim do siebie.

Przez ostatnie tygodnie przekonałem się, że nie każde piękne miejsce pasuje do mojej wizji. Niektóre zachwycały architekturą. Inne luksusem. Jeszcze inne widokami, od których trudno było oderwać wzrok.

Ale czegoś im brakowało.

Tego nie da się zmierzyć liczbą gwiazdek ani powierzchnią basenu.

To coś czuje się dopiero wtedy, gdy przekracza się próg.

Właśnie dlatego po raz kolejny wróciłem do Desa Kedis Durenne Retreat.

Nie dlatego, że miałem tam coś do załatwienia.

Nie dlatego, że musiałem.

Po prostu… chciałem.

Są miejsca, do których jedzie się odpocząć.

I są miejsca, do których jedzie się po spokój.

Tutaj zawsze odnajduję jedno i drugie.

To był również tydzień, w którym organizm w końcu powiedział:

„Dziękuję.”

Zatoki odpuściły.

Energia wróciła.

Znowu mogłem oddychać pełną piersią.

A kiedy zdrowie wraca, człowiek nagle zaczyna zauważać rzeczy, których wcześniej nie dostrzegał.

Śmiech przy wspólnym stole.

Spacer bez celu.

Rozmowę, która trwa dwie godziny i wydaje się pięcioma minutami.

Zachód słońca oglądany z ludźmi, przy których można być sobą.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że właśnie z takich chwil składa się szczęście.

Nie z wielkich sukcesów.

Nie z drogich rzeczy.

Ale z prostych momentów, których nie da się kupić.

Ten tydzień przypomniał mi również jeszcze jedną ważną lekcję.

Przez większość życia próbujemy wszystko oceniać.

To jest dobre.

To jest złe.

To ma sens.

To nie ma sensu.

A co jeśli czasami warto po prostu…

doświadczać?

Bez oceniania.

Bez szufladkowania.

Bez przekonywania siebie, że tylko nasze spojrzenie jest właściwe.

Okazuje się, że właśnie wtedy świat zaczyna zaskakiwać najbardziej.

Zapraszam Was do dwudziestego szóstego tygodnia mojej podróży.

Tygodnia, który przypomniał mi, że dom nie zawsze ma adres.

Czasami ma imiona.

Powrót do Desa Kedis Durenne Retreat na Bali.

Poniedziałek — są ludzie, przy których po prostu oddychasz spokojniej

Obudziłem się wypoczęty.

To było naprawdę miłe uczucie.

Po kilku dniach walki z zatokami w końcu czułem, że organizm wraca do siebie.

Bez bólu głowy.

Bez zatkanego nosa.

Bez uczucia, że każda czynność kosztuje dwa razy więcej energii.

Po śniadaniu spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyłem w drogę.

Cel był jeden.

Moje ulubione miejsce na Bali.

Już sama droga poprawiała mi humor.

Wiecie, jak to jest wracać do miejsca, w którym czujecie się naprawdę dobrze?

Ja właśnie tak mam z Desa Kedis Durenne Retreat.

Nie zdążyłem jeszcze dobrze zaparkować skutera, a już z daleka usłyszałem znajome głosy.

Putu.

Dayu.

I ich charakterystyczne uśmiechy.

Jak zawsze przywitali mnie tak, jakbyśmy nie widzieli się kilka miesięcy, a nie zaledwie kilkanaście dni.

W domu była również Martha.

Młoda dziewczyna z Meksyku, która początkowo miała zostać tutaj tylko na chwilę.

Kilka dni.

Tak przynajmniej planowała.

Ale wystarczyło, że spędziła trochę czasu z tą rodziną i… zmieniła zdanie.

Postanowiła zostać dłużej.

Szczerze?

Kompletnie mnie to nie dziwi.

To miejsce ma w sobie coś, co bardzo trudno opisać słowami.

Nie przyciąga luksusem.

Nie przyciąga reklamami.

Przyciąga spokojem.

I ludźmi.

Po chwili Dayu przyniosła świeżo przygotowany posiłek.

Jak zawsze…

palce lizać.

Przyznam, że czasami zastanawiam się, czy ona potrafi ugotować coś, co nie smakuje wyśmienicie.

Chyba nie.

Usiedliśmy przy stole.

Zaczęliśmy rozmawiać.

Godzina minęła tak szybko, że nawet nie zauważyłem, kiedy.

Uwielbiam takie rozmowy.

Bez telefonów.

Bez patrzenia na zegarek.

Bez pośpiechu.

Po prostu kilka osób siedzących przy jednym stole i rozmawiających o wszystkim i o niczym.

Po południu poszedłem się odświeżyć.

A później…

oczywiście drzemka.

Bo jeśli czegoś nauczyłem się podczas tej podróży, to tego, że mała drzemka nigdy nie jest zła.

Wręcz przeciwnie.

Czasami potrafi zdziałać cuda.

Po przebudzeniu przypomniałem sobie o książce, którą zacząłem czytać podczas jednego z wcześniejszych pobytów tutaj.

Leżała cierpliwie na półce.

Jakby czekała właśnie na ten moment.

Usiadłem.

Przeczytałem ostatnie rozdziały.

I zamknąłem ją z uśmiechem.

Lubię kończyć rzeczy tam, gdzie się zaczęły.

Nawet jeśli chodzi tylko o książkę.

Po obiedzie zrobiliśmy krótką sesję jogi.

A wieczorem całą ekipą wybraliśmy się obejrzeć zachód słońca.

To był jeden z tych wieczorów, których nie da się zaplanować.

Śmialiśmy się.

Żartowaliśmy.

Rozmawialiśmy o życiu.

O podróżach.

O marzeniach.

I znowu złapałem się na tym, że od dłuższego czasu nie pomyślałem ani razu o pracy.

Nie analizowałem kolejnych projektów.

Nie planowałem następnych miesięcy.

Nie sprawdzałem telefonu.

Po prostu…

byłem.

Po powrocie czekała na nas kolacja.

A później rozmowy przeciągnęły się do późnej nocy.

To chyba właśnie za ten stan kocham to miejsce najbardziej.

Stan, w którym nic nie muszę.

Stan, w którym nie gram żadnej roli.

Stan, w którym mogę być w stu procentach sobą.

Putu i Dayu nigdy nie próbują mnie zmieniać.

Akceptują mnie dokładnie takim, jakim jestem.

Trochę szalonym.

Bardzo bezpośrednim.

Z ogromnym poczuciem humoru.

Wiecznie ciekawym świata.

I chyba właśnie dlatego tutaj odpoczywam bardziej niż gdziekolwiek indziej na Bali.

Wieczorem położyłem się do łóżka.

I jak zwykle…

zasnąłem niemal natychmiast.

Jak dziecko.

Domowy posiłek przygotowany w Desa Kedis Durenne Retreat.

Wtorek — kiedy przestajesz oceniać świat, zaczynasz go naprawdę poznawać

Obudziłem się po długim, głębokim śnie.

Baterie?

Naładowane do pełna.

Pierwszą rzeczą, którą zauważyłem, było to, że… mogę swobodnie oddychać.

Zatoki w końcu odpuściły.

Po kilku trudniejszych dniach energia wróciła z podwójną siłą.

Od rana czułem, że to będzie piękny dzień.

Po śniadaniu wspólnie ustaliliśmy plan.

Najpierw spacer przez pola ryżowe i dżunglę.

Po południu wyprawa skuterami do ukrytego wodospadu.

Brzmiało idealnie.

Ruszyliśmy.

Spacer przez pola ryżowe na północy Bali.
Spacer przez pola ryżowe na północy Bali.

Im dalej od głównych dróg, tym bardziej miałem wrażenie, że Bali pokazuje swoje prawdziwe oblicze.

Nie było tłumów.

Nie było kolejek.

Nie było hałasu.

Tylko my.

Ścieżki prowadzące przez soczyście zielone pola ryżowe.

Zapach wilgotnej ziemi.

Śpiew ptaków.

Szum drzew poruszanych delikatnym wiatrem.

I ten spokój…

Tego nie da się opowiedzieć.

To trzeba poczuć.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że właśnie dlatego C.U.D. Experience odbędzie się również w tej części Bali.

Tutaj zwolnienie nie wymaga wysiłku.

Tutaj dzieje się samo.

Człowiek przyjeżdża z głową pełną myśli.

A wyjeżdża z głową pełną ciszy.

Wracając, postanowiliśmy skrócić sobie drogę.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałem.

Między drzewami pojawiła się niewielka świątynia.

Zatrzymaliśmy się.

Okazało się, że jest to miejsce, w którym lokalni mieszkańcy przeprowadzają ceremonie oczyszczenia.

Było w tym wszystkim coś niezwykle spokojnego.

Wręcz mistycznego.

Nie chodzi nawet o samą ceremonię.

Bardziej o atmosferę.

Ciszę.

Szacunek.

Obecność.

Stałem tam przez chwilę i pomyślałem o sobie.

O tym, jak bardzo zmieniłem się przez ostatnie lata.

Kiedyś bardzo szybko oceniałem.

To jest dla mnie.

Tamto nie.

To ma sens.

Tamto jest dziwne.

Dzisiaj coraz częściej łapię się na zupełnie innej myśli.

„A dlaczego nie?”

Nie muszę się ze wszystkim zgadzać.

Nie wszystko musi stać się częścią mojego życia.

Ale mogę doświadczać.

Mogę poznawać.

Mogę być ciekawy.

Balijska świątynia ukryta w dżungli.

Mam wrażenie, że właśnie nasze uprzedzenia i szufladkowanie świata bardzo często odbierają nam możliwość jego prawdziwego poznania.

A przecież świat jest zbyt piękny, żeby oglądać go wyłącznie przez pryzmat własnych przekonań.

Po powrocie do domu zjedliśmy wspólny posiłek.

Potem oczywiście…

drzemka.

Już chyba nikogo to nie dziwi.

Po południu wsiedliśmy na skutery i ruszyliśmy głęboko w dżunglę.

Naszym celem był ukryty wodospad.

Cała wyprawa trwała ponad dwie godziny.

I była jedną z tych przygód, które zostają w pamięci na bardzo długo.

Kręte drogi.

Małe wioski.

Bujna roślinność.

I wszechobecna zieleń.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że minęliśmy po drodze tylko jedną grupę turystów, która właśnie wracała.

Przez kolejną godzinę wodospad należał tylko do nas.

Nie było hałasu.

Nie było kolejek do zdjęć.

Nie było pośpiechu.

Była tylko natura.

I wolność.

Taka przez duże W.

Wracając, pomyślałem, że właśnie za takie chwile kocham podróże.

Nie za atrakcje z przewodników.

Nie za miejsca oznaczone tysiącami pinezek na Instagramie.

Ale za momenty, których nie da się zaplanować.

Wieczorem usiedliśmy jeszcze razem do kolacji.

Rozmowy trwały do późnej nocy.

Mimo że następnego dnia miałem wracać do Pomelo Travel Outpost Bali.

Co ciekawe…

w ogóle mnie to nie stresowało.

ADHD, które zwykle przypomina mi o wszystkim z kilkudniowym wyprzedzeniem, jakby zrobiło sobie wakacje.

Było cicho.

Spokojnie.

Jakby ono również odnalazło tutaj swoje miejsce.

I chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że nie tylko ja czuję się tutaj jak w domu.

Ukryty wodospad na północy Bali.

Środa — czasami wystarczą dwa dni, żeby naładować baterie

Obudziłem się dopiero około dziewiątej.

Spojrzałem przez okno.

Mgła powoli unosiła się nad dżunglą, ptaki śpiewały jak każdego ranka, a ja uświadomiłem sobie jedną rzecz.

Od dawna nie czułem się tak dobrze.

Byłem wypoczęty.

Spokojny.

Pełen energii.

I przede wszystkim…

szczęśliwy.

Nie dlatego, że wydarzyło się coś spektakularnego.

Po prostu przez ostatnie dwa dni żyłem bardzo prosto.

Spałem.

Śmiałem się.

Rozmawiałem.

Byłem blisko natury.

I chyba właśnie tego najbardziej potrzebowałem.

Po śniadaniu przyszedł moment, którego nigdy nie lubię.

Pożegnanie.

Przyznam szczerze, że za każdym razem wyjeżdżam stąd z lekkim smutkiem.

Ale jednocześnie wiem, że wrócę.

Jeszcze zanim założyłem kask, powiedziałem do Putu i Dayu:

— „Do zobaczenia we wrześniu!”

Po chwili wszyscy zaczęliśmy się śmiać.

Bo dobrze wiedzą, że ze mną te plany szybko się zmieniają.

I rzeczywiście…

Zanim zdążyłem odjechać, przypomniałem sobie, że przecież wracam tutaj już 10 sierpnia.

Na jedną noc.

Dlaczego?

Bo właśnie wtedy przyjeżdża tutaj Mimi, bohaterka jednej z historii z serii „Odcienie Ludzkiego Życia”, razem ze swoją rodziną.

Bardzo chciałem się z nimi spotkać.

To będzie wyjątkowy moment.

Historie, które do tej pory żyły głównie na kartach bloga, nagle spotkają się z rzeczywistością.

Lubię takie symboliczne chwile.

Po serdecznych uściskach wsiadłem na skuter i ruszyłem z powrotem do Pomelo Travel Outpost Bali.

Droga minęła spokojnie.

Bez pośpiechu.

Z muzyką w kasku i głową pełną dobrych wspomnień.

Po południu dotarłem na miejsce.

Pierwszy przystanek?

Pralnia.

Nie brzmi zbyt romantycznie, ale podczas długiej podróży takie rzeczy stają się równie ważne jak zwiedzanie.

Później usiadłem do pracy.

Czwartki od dawna należą do „Odcieni Ludzkiego Życia”, więc trzeba było przygotować kolejny wpis refleksyjny.

Lubię ten moment.

Pisanie zawsze porządkuje moje myśli.

Czasami mam wrażenie, że bardziej piszę dla siebie niż dla innych.

Ale jeśli przy okazji moje słowa pomagają choć jednej osobie…

to warto.

Po pracy pojechałem na obiad.

Później, jak niemal każdego dnia, wybrałem się na spacer nad ocean.

Morze działa na mnie jak najlepsza terapia.

Nie muszę wtedy nic analizować.

Nie muszę nic planować.

Po prostu idę.

Słucham fal.

Patrzę przed siebie.

Oddycham.

Wieczorem zjadłem kolację.

Zrobiłem krótką sesję jogi.

I położyłem się spać.

Z poczuciem, że te dwa dni w górach zrobiły dla mojego organizmu więcej niż niejeden tydzień urlopu.

Czwartek — czasami najlepszą terapią jest… trzyletni chłopiec

Obudziłem się wyspany.

Po zatokach nie było już praktycznie śladu.

Oddychałem normalnie.

Organizm wrócił do swojej naturalnej równowagi.

I od razu wszystko wydawało się prostsze.

Człowiek naprawdę zaczyna doceniać zdrowie dopiero wtedy, kiedy przez kilka dni go zabraknie.

Po porannej kawie zauważyłem, że w mieszkaniu obok pojawili się nowi sąsiedzi.

Australijka z kilkuletnim synkiem.

Miał na imię Eddy.

Zabawa z lokalnym dzieckiem, która daje mi radość i poczucie bycia sobą.

I już po pierwszych pięciu minutach wiedziałem jedno.

To nie jest zwykłe dziecko.

To jest…

Crazy Monkey Level Expert.

Słodziak.

Wulkan energii.

Trochę małpka.

Trochę Diabeł Tasmański.

A trochę huragan kategorii piątej.

Gdzie się pojawiał…

tam natychmiast robiło się głośniej.

Biegał.

Skakał.

Śmiał się.

Przewracał wszystko, co dało się przewrócić.

I robił to z takim urokiem, że nie sposób było się na niego złościć.

Patrzyłem na niego i przypomniałem sobie dzieciństwo.

Jak niewiele potrzeba dziecku do szczęścia.

Kamień.

Patyk.

Kałuża.

I wyobraźnia, która zamienia wszystko w wielką przygodę.

My, dorośli, gdzieś po drodze trochę o tym zapomnieliśmy.

Po południu wrzuciłem kolejny wpis z serii „Odcienie Ludzkiego Życia”.

To już taki mój czwartkowy rytuał.

Bardzo go lubię.

Później pojechałem na siłownię.

Po kilku dniach przerwy ciało wręcz domagało się ruchu.

Po treningu zjadłem obiad.

Jak zwykle wybrałem się nad ocean.

I właśnie tam złapałem się na pewnej myśli.

Jeszcze kilka tygodni temu żyłem głównie kolejnymi zadaniami.

Dzisiaj coraz częściej żyję chwilą.

Może właśnie tego uczy mnie ta podróż.

Wieczorem oczywiście pojawił się Eddy.

I znowu rozpoczął swoje codzienne tournée po całej okolicy.

Myślę, że cała wioska wiedziała, kiedy wychodził z domu.

Bo cisza kończyła się dokładnie w tej samej sekundzie.

A śmiech zaczynał rozbrzmiewać wszędzie.

Przyznam…

bardzo go polubiłem.

Ma w sobie coś, co przypomina mi, że czasami warto przestać być takim poważnym.

Bo życie naprawdę potrafi być dużo prostsze, niż sami je sobie robimy.

Piątek — marzenia nie budują się same

Piątkowy poranek rozpocząłem spokojnie.

Śniadanie.

Kawa.

I komputer.

Plan był prosty.

Kilka godzin pracy nad C.U.D. Experience.

Tylko kilka.

Jak się pewnie domyślacie…

skończyło się zupełnie inaczej.

Wciągnąłem się bez reszty.

Zacząłem poprawiać program.

Potem zapisywałem kolejne pomysły.

Przeglądałem miejsca.

Dopracowywałem szczegóły.

Jedna godzina zamieniła się w dwie.

Dwie w cztery.

I nagle zrobiła się pora obiadowa.

Czasami śmieję się, że C.U.D. Experience jest trochę jak moje dziecko.

Im więcej nad nim pracuję, tym bardziej widzę, jak dojrzewa.

Już nie jest tylko pomysłem.

Powoli staje się czymś realnym.

I właśnie to daje mi ogromną motywację.

Po obiedzie… oczywiście wróciłem do pracy.

Tym razem już spokojniej.

Bez presji.

Po prostu krok po kroku.

Coraz częściej przekonuję się, że wielkie projekty nie powstają dzięki jednemu spektakularnemu zrywowi.

Powstają dzięki setkom małych decyzji podejmowanych każdego dnia.

Wieczorem komputer w końcu poszedł spać.

A ja?

Poszedłem posiedzieć z rodziną.

No i oczywiście…

pojawił się Eddy.

Tego wieczoru znowu był główną atrakcją całej okolicy.

Śmiechu było tyle, że chyba wszyscy zapomnieliśmy, jaki jest dzień tygodnia.

Sobota — nic nierobienie też jest produktywne

Przez większość życia miałem problem z jednym.

Z nic nierobieniem.

Jeśli odpoczywałem, miałem wyrzuty sumienia.

Jeśli oglądałem film, myślałem o pracy.

Jeśli leżałem, zastanawiałem się, co jeszcze mógłbym zrobić.

ADHD bardzo skutecznie potrafi przekonać człowieka, że zawsze powinien robić więcej.

Dlatego w sobotę świadomie powiedziałem sobie:

Dzisiaj nie musisz nic.

I wiecie co?

To był jeden z najlepszych dni tygodnia.

Nie zrobiłem nic wielkiego.

Rozmawiałem z rodziną przy stole.

Zrobiłem spokojną sesję jogi.

Obejrzałem serial.

Poszedłem na spacer.

Usiadłem z kubkiem herbaty.

Po prostu byłem.

Jeszcze kilka lat temu uznałbym taki dzień za zmarnowany.

Dzisiaj wiem, że właśnie takie dni pozwalają nam później działać z pełną energią.

Nie zawsze trzeba biec.

Czasami największą produktywnością jest świadomy odpoczynek.

Niedziela — szczęście często chodzi na smyczy… z kurą

Niedzielę rozpocząłem aktywnie.

Od rana wybrałem się na Pilates.

Po treningu pojechałem na lokalny rynek.

Uwielbiam takie miejsca.

To właśnie tam najlepiej czuć prawdziwe życie Bali.

Po powrocie zjadłem śniadanie i opublikowałem na blogu 25. tydzień podróży.

Później usiadłem do planowania kolejnych miesięcy.

Wrzesień.

Następne kraje.

Budowanie C.U.D. Experience.

Drugą połowę roku.

To był jeden z tych dni, kiedy głowa pracowała bardzo intensywnie.

Ale tym razem nie czułem presji.

Czułem ekscytację.

Bo coraz więcej elementów zaczyna układać się w jedną całość.

Wieczorem, jak na zawołanie…

pojawił się Eddy.

Tego dnia jednak przeszedł samego siebie.

Spacerował po ogrodzie…

prowadząc na smyczy…

kurę.

Tak.

Dobrze przeczytaliście.

Kurę.

Patrzyłem na tę scenę i śmiałem się chyba przez dobre dziesięć minut.

Razem z całą rodziną pilnowaliśmy, żeby ani Eddy, ani kura nie wpadli na kolejny szalony pomysł.

Patrząc na niego pomyślałem, że dzieci mają niezwykły dar.

Potrafią zamienić najbardziej zwyczajny wieczór w historię, którą będzie się wspominało przez lata.

Wieczorem położyłem się spać z uśmiechem.

Bo wiedziałem, że przede mną kolejny tydzień.

Kolejne miejsca.

Kolejne spotkania.

I kolejne historie, które tylko czekają, żeby je opowiedzieć.

Ja spacerujący samotnie po plaży. Największą podróżą jest droga do siebie.

ZAKOŃCZENIE

Dwudziesty szósty tydzień mojej podróży uświadomił mi coś bardzo ważnego.

Przez całe życie szukamy miejsc.

Lepszych.

Piękniejszych.

Bardziej wyjątkowych.

A może od początku szukamy nie miejsc…

tylko ludzi?

Wracając do Desa Kedis Durenne Retreat, po raz kolejny przekonałem się, że to właśnie ludzie tworzą atmosferę.

To oni sprawiają, że zwykły dom staje się miejscem, z którego trudno wyjechać.

To oni sprawiają, że śmiejesz się bez powodu.

Że przestajesz patrzeć na telefon.

Że nie myślisz o pracy.

Że po prostu jesteś.

I chyba właśnie dlatego za każdym razem, gdy opuszczam to miejsce, mówię:

„Do zobaczenia.”

Nigdy:

„Żegnaj.”

Bo wiem, że wrócę.

Ten tydzień pokazał mi również, jak bardzo zmieniło się moje podejście do świata.

Jeszcze kilka lat temu wiele rzeczy oceniałem, zanim zdążyłem ich doświadczyć.

Miałem swoje przekonania.

Swoje schematy.

Swoje „to nie jest dla mnie”.

Dzisiaj coraz częściej zadaję sobie jedno pytanie.

„A dlaczego nie?”

Nie chodzi o to, żeby zgadzać się ze wszystkim.

Chodzi o to, żeby pozwolić sobie doświadczać.

Poznawać.

Rozumieć.

Bo bardzo często największe lekcje życia czekają właśnie tam, gdzie początkowo nie planowaliśmy zaglądać.

Ten tydzień był też kolejnym dowodem na to, że organizm doskonale wie, czego potrzebuje.

Kiedy odpuściłem.

Kiedy zwolniłem.

Kiedy zacząłem więcej spać.

Więcej się śmiać.

Więcej rozmawiać.

Nagle wróciło zdrowie.

Energia.

I chęć do działania.

Coraz częściej myślę o tym, że odpoczynek nie jest nagrodą za ciężką pracę.

Jest jej częścią.

Bez niego trudno stworzyć cokolwiek wartościowego.

Ogromnie cieszy mnie również to, że C.U.D. Experience przestaje być tylko marzeniem.

Każdy kolejny tydzień.

Każda rozmowa.

Każde odwiedzone miejsce.

Każda poznana osoba.

To kolejny element tej układanki.

Nie buduję tylko wydarzenia.

Buduję przestrzeń, w której inni będą mogli poczuć dokładnie to, co ja poczułem w Desa Kedis.

Spokój.

Akceptację.

Autentyczność.

I odwagę, żeby na chwilę przestać gonić świat.

Na koniec zostaje jeszcze Eddy.

Mały człowiek, który w kilka dni przypomniał mi coś, o czym dorośli bardzo często zapominają.

Że szczęście nie potrzebuje planu.

Nie potrzebuje harmonogramu.

Nie potrzebuje idealnych warunków.

Czasami wystarczy patyk.

Kałuża.

Albo… kura prowadzona na smyczy.

I właśnie dlatego uwielbiam podróżować.

Bo najpiękniejsze historie bardzo rzadko znajdują się w przewodnikach.

Najczęściej spotyka się je przy wspólnym stole.

Na leśnej ścieżce.

Pod wodospadem.

Albo w ogrodzie, gdzie mały chłopiec zaraża wszystkich śmiechem.

Do zobaczenia w kolejnym tygodniu.

Bo ta podróż już dawno przestała być tylko podróżą.

Stała się drogą do poznawania świata.

Ale przede wszystkim…

samego siebie. ❤️

Share this Article
Facebook Twitter Email Print
Leave a comment Leave a comment

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Follow Us

FACEBOOK
INSTAGRAM

Newsletter

Sprawdź swój email lub spam😉

© 2024 TravelPixieFreak, All Rights Reserved. Designed and developed by Axiri.pl and Stromk.pl

Bądź na bierząco!

Zapisz się do mojego newslettera i nigdy nie przegapisz moich najświeższych wpisów

Sprawdź swoją skrzynkę odbiorczą lub folder ze spamem, aby potwierdzić subskrypcję.

Zero spamu. Zrezygnuj z subskrypcji w dowolnym momencie.
Welcome Back!

Sign in to your account

Lost your password?