Tydzień 22 podróży: Ludzie są najważniejsi
📍 Bali – Pomelo Travel Outpost Bali
🗓 29 czerwca – 5 lipca
To był dziwny tydzień.
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że niewiele się wydarzyło.
Nie było spektakularnych wodospadów.
Nie było kilkugodzinnych podróży skuterem.
Nie było nowych wysp ani zachodów słońca, które zapierały dech w piersiach.
A mimo to…
uważam, że był to jeden z ważniejszych tygodni od początku mojej podróży.
Dlaczego?
Bo czasami największe podróże odbywają się nie na mapie.
Tylko w naszej głowie.
Od kilku tygodni coraz mocniej rozwijam projekt Different Backgrounds. One Heart., pracuję nad C.U.D. Retreat, piszę kolejne historie do Odcieni Ludzkiego Życia, jednocześnie rozwijam mydriverbali.com i staram się znaleźć równowagę pomiędzy pracą, podróżami i… zwykłym życiem.
Nie zawsze jest łatwo.
Szczególnie kiedy ADHD postanawia urządzić imprezę we własnej głowie i jednocześnie podsuwa tysiąc pomysłów, tysiąc pytań i tysiąc scenariuszy. 😂
Do tego doszły bardzo smutne wiadomości z Polski.
Rozmowy o chorobie.
O śmierci.
O przemijaniu.
I chyba właśnie dlatego przez większość tego tygodnia dużo bardziej niż zwykle zastanawiałem się nad tym, co tak naprawdę ma znaczenie.
Wiecie do jakiego wniosku doszedłem?
Ludzie.
To zawsze ludzie.
Nie miejsca.
Nie pieniądze.
Nie sukces.
Nie kolejne rzeczy.
Ludzie.
I właśnie o tym jest ten tydzień.

Poniedziałek — marzenia, które powoli stają się rzeczywistością
Poniedziałek rozpoczął się dokładnie tak, jak większość moich poniedziałków na Bali.
Pilates.
Muszę przyznać, że z tygodnia na tydzień coraz bardziej go lubię.
Jeszcze kilka miesięcy temu pewnie bym się śmiał, gdyby ktoś powiedział mi, że będę wstawał wcześnie rano z własnej woli, żeby przez godzinę trząść się na reformerze. 😂
A jednak.
Po zajęciach wróciłem do domu, zjadłem śniadanie i od razu zabrałem się do pracy.
Większość dnia poświęciłem na rozwijanie projektu Different Backgrounds. One Heart.
Im bardziej projekt się rozwija, tym więcej pojawia się pytań.
Jak powinien wyglądać?
Jak pomagać dzieciom długofalowo?
Jak zrobić to odpowiedzialnie?
Czy dam radę prowadzić to wszystko sam?
Czy pogodzę to z blogiem, Odcieniami Ludzkiego Życia, C.U.D., podróżami i mydriverbali.com?
Nie ukrywam.
Takie myśli pojawiają się coraz częściej.
Ale chyba właśnie one pokazują, że naprawdę mi zależy.
Nie chcę stworzyć kolejnej strony z napisem „pomagamy dzieciom”.
Chcę stworzyć coś, co będzie zmieniało ich przyszłość.
Powoli.
Mądrze.
I odpowiedzialnie.
Drugą część dnia poświęciłem na przygotowywanie C.U.D. Retreat 2027 w Hoi An.
Odpisywanie na maile.
Analizowanie ofert.
Tworzenie programu.
Rozpisywanie szczegółów.
Jest tego naprawdę sporo.
Ale… uwielbiam to.
Każdego dnia coraz bardziej widzę ten projekt oczami wyobraźni.
Mam ogromną nadzieję, że do końca sierpnia, najpóźniej we wrześniu, pierwsze kompletne doświadczenie C.U.D. będzie już gotowe.
Trzymajcie kciuki.
Bo naprawdę wierzę, że będzie to coś wyjątkowego.
Nie kolejny wyjazd z jogą i zdjęciami na Instagram.
C.U.D. powstało z zupełnie innej potrzeby.
To butikowe, kameralne doświadczenie dla niewielkiej grupy osób, które chcą na chwilę zwolnić, poznać lokalnych ludzi, kulturę i przede wszystkim… samych siebie.
Bez pośpiechu.
Bez sztuczności.
Bez udawania.
Wieczorem, jak zwykle, poszedłem nad ocean.
To miejsce od miesięcy działa na mnie jak najlepsza terapia.
Kiedy ADHD próbuje przejąć stery…
szum fal skutecznie przypomina mu, kto tutaj rządzi. 😂

Wtorek — życie potrafi zatrzymać człowieka w jednej chwili
Wtorkowy poranek był bardzo spokojny.
Krótka yoga.
Śniadanie.
A później kilka godzin pracy nad mydriverbali.com oraz dalszym rozwijaniem Different Backgrounds. One Heart.
Po południu zrobiłem sobie przerwę.
Poczytałem książkę.
Pojechałem na obiad.
A wieczorem, jak niemal każdego dnia, wybrałem się na spacer nad ocean.
Nie wiedziałem jeszcze, że za chwilę cały mój nastrój zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni.
Dostałem wiadomość z Polski.
Mama mojego przyjaciela przegrała walkę z rakiem trzustki.
Przez chwilę po prostu siedziałem.
Nie wiedziałem, co napisać.
Co powiedzieć.
Czy w ogóle cokolwiek można powiedzieć w takiej chwili?
W jednej sekundzie wróciły wszystkie wspomnienia związane z moją własną chorobą.
Strach.
Niepewność.
Szpitale.
Badania.
Rozmowy z lekarzami.
I to uczucie, kiedy człowiek nagle uświadamia sobie, że życie nie jest dane raz na zawsze.
Reszta dnia praktycznie przestała istnieć.
Nie miałem ochoty pracować.
Nie miałem ochoty nigdzie wychodzić.
Siedziałem tylko i rozmyślałem.
Nad życiem.
Nad przemijaniem.
Nad tym, jak bardzo często odkładamy wszystko na później.
„Jeszcze zdążę.”
„Za rok.”
„Jak będę miał więcej pieniędzy.”
„Jak będę miał więcej czasu.”
A prawda jest taka, że…
nikt z nas nie wie, ile tego czasu jeszcze ma.
Dlatego chciałbym Wam powiedzieć jedną rzecz.
Jeżeli od dawna marzycie o czymś.
Jeżeli chcecie gdzieś pojechać.
Zmienić pracę.
Powiedzieć komuś, że go kochacie.
Spełnić swoje marzenie.
Założyć własną firmę.
Pomóc komuś.
Zacząć żyć inaczej.
Nie odkładajcie tego.
Naprawdę.
Bo zawsze będzie jakieś „jutro”.
Aż któregoś dnia okaże się, że…
jutra już nie ma.
Mamy tylko jedno życie.
Nie jesteśmy kotem, który ma dziewięć żyć 😉
I zdecydowanie wolę kiedyś odejść z poczuciem, że próbowałem spełniać swoje marzenia.
Niż z żalem, że zabrakło mi odwagi.
To był bardzo ciężki dzień.
Psychicznie.
I emocjonalnie.
Wieczorem po prostu poszedłem spać.


Środa — najlepszym lekarstwem okazała się praca
Środowy poranek był już trochę lepszy.
Nie oznacza to jednak, że smutek zniknął.
Wręcz przeciwnie.
Cały czas siedział gdzieś z tyłu głowy.
Postanowiłem więc zrobić coś, co zwykle pomaga mi najbardziej.
Rzucić się w wir pracy.
Od rana zastanawiałem się nad tym, w jakim kierunku dalej rozwijać wszystkie swoje projekty.
Co jest najważniejsze.
Na czym powinienem skupić się najbardziej.
Czy rozwijać wszystko jednocześnie.
Czy może zwolnić i robić jedną rzecz porządnie.
To chyba odwieczny problem każdego, kto ma ADHD. 😂
Milion pomysłów.
Milion możliwości.
I tylko jedna głowa.
W międzyczasie napisałem kolejny refleksyjny wpis do Odcieni Ludzkiego Życia.
To właśnie ta seria pozwala mi czasami uporządkować własne myśli.
Później pojechałem na siłownię.
Nie dla sylwetki.
Nie dla formy.
Tym razem bardziej po to, żeby wyrzucić z siebie emocje.
Czasami ciężary potrafią odciążyć głowę bardziej niż niejedna rozmowa.
Po treningu przyjechał również chłopak z wypożyczalni skuterów.
Zabrał mój skuter do mechanika na przegląd.
A przy okazji…
porządnie go umył.
Jak go później zobaczyłem, to aż się uśmiechnąłem.
Moja pszczółka odzyskała swój blask. 😂
Wieczorem wysłałem kolejne zaproszenia do dwóch osób, które poznałem podczas podróży.
Mam ogromną nadzieję, że zgodzą się opowiedzieć swoje historie w serii Odcienie Ludzkiego Życia.
Bo właśnie takie rozmowy pokazują, że każdy człowiek niesie w sobie historię, której na pierwszy rzut oka kompletnie nie widać.
Do końca dnia nadal byłem trochę rozbity.
Położyłem się wcześniej.
Licząc, że kolejny dzień przyniesie trochę więcej spokoju.
Czwartek — pusty dom nauczył mnie czegoś bardzo ważnego
Czwartkowy poranek rozpocząłem spokojnie.
Stretching.
Śniadanie.
Publikacja kolejnego wpisu z serii Odcienie Ludzkiego Życia.
Później wróciłem do pracy nad ofertą C.U.D. Retreat Hoi An 2027.
I w końcu przyszła wiadomość, na którą czekałem.
Managerka jednej z willi w Hoi Ań napisała, że terminy, które zaproponowałem, są dostępne.
Nie ukrywam.
Ogromnie się ucieszyłem.
Od samego początku nasza współpraca układa się znakomicie.
Pełen profesjonalizm.
Świetny kontakt.
Otwartość.
A właśnie takich ludzi chcę mieć wokół siebie podczas organizowania C.U.D.
Bo luksus to nie tylko piękne wnętrza.
To przede wszystkim ludzie.
Później zszedłem na dół do wspólnej kuchni.
I wtedy dotarło do mnie coś, o czym wcześniej nie myślałem.
Dom był pusty.
Donny większość czasu spędzał w szpitalu.
Srix nadal dochodziła do siebie po chorobie.
Ich synek również był chory.
Nie było śmiechu.
Nie było wspólnych rozmów.
Nie było tej energii, do której zdążyłem się już przyzwyczaić.
I nagle uświadomiłem sobie jedną rzecz.
Możemy mieszkać w najpiękniejszym hotelu na Malediwach.
Możemy mieć prywatny basen.
Najdroższy apartament.
Widok za milion dolarów.
Ale jeśli nie mamy obok ludzi, z którymi możemy porozmawiać, pośmiać się, pomilczeć albo po prostu wypić wspólnie kawę…
to nawet najpiękniejsze miejsce na świecie staje się puste.
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że człowiek został stworzony do relacji.
Potrzebujemy siebie nawzajem.
Potrzebujemy rozmów.
Bliskości.
Obecności.
Bo właśnie ludzie nadają sens miejscom.
A nie odwrotnie.
I chyba właśnie o tym od samego początku są Odcienie Ludzkiego Życia.
Nie o podróżach.
Nie o krajach.
Tylko o człowieku.
O tym, że niezależnie od tego, skąd pochodzimy, wszyscy przeżywamy radość.
Smutek.
Strach.
Miłość.
Nadzieję.
I właśnie dlatego…
Different Backgrounds. One Heart.
Nigdy wcześniej te słowa nie wydawały mi się tak prawdziwe jak właśnie tego dnia.

Piątek — małe problemy, wielka wdzięczność
Piątkowy poranek rozpoczął się jak niemal każdy piątek od kilku miesięcy.
Pilates.
Powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że chyba już naprawdę się od niego uzależniłem. 😂
Kiedyś wydawało mi się, że to spokojne ćwiczenia dla osób, które nie lubią się zmęczyć.
Jak bardzo się myliłem…
Za każdym razem wychodzę z zajęć zmęczony, ale jednocześnie czuję się znacznie lepiej.
Silniejszy.
Spokojniejszy.
I chyba trochę bardziej cierpliwy.
Po powrocie zjadłem śniadanie.
Przez kolejne godziny pracowałem nad ofertą C.U.D. Retreat 2027 oraz dopracowywałem kolejny wpis z serii moich tygodni podróży.
Im bliżej jestem ukończenia całej koncepcji, tym bardziej się ekscytuję.
Coraz częściej wyobrażam sobie pierwszą grupę.
Pierwsze wspólne rozmowy.
Pierwsze emocje.
I moment, kiedy po kilku dniach ktoś wyjedzie z przekonaniem, że odzyskał kawałek siebie.
Bo właśnie taki ma być C.U.D.
Nie wyjazdem.
Nie wycieczką.
Doświadczeniem.
Po południu przyszła pora na coś zupełnie przyziemnego.
Musiałem doładować indonezyjską kartę SIM.
Brzmi banalnie.
No właśnie…
Powinno.
A tutaj znowu zaczęły się schody.
Aplikacja nie działa.
Płatność odrzucona.
Kolejna próba.
I znowu nic.
Po kilkunastu minutach stwierdziłem tylko:
– Dobra… poddaję się. 😂
Na szczęście pojawił się Donny.
Jak zwykle uśmiechnięty.
Spojrzał na mnie, zaśmiał się i powiedział:
– Give me five minutes.
I rzeczywiście.
Pięć minut później wszystko działało.
Nie wiem, co bym bez niego zrobił.
Jeszcze raz…
Dzięki, Donny. ❤️
Wieczorem poszedłem nad ocean.
Ostatnie dni pozostawiły we mnie sporo emocji.
Śmierć.
Choroba.
Refleksje.
Niepokój.
Spacer wzdłuż brzegu znowu pomógł mi trochę poukładać myśli.
Później kolacja.
Wieczorna yoga.
I sen.

Sobota — czasami najtrudniej kupić… krem 😂
Sobota rozpoczęła się bardzo spokojnie.
Stretching.
Śniadanie.
Kawa.
I plan dnia.
Od kilku dni próbowałem zamówić przez internet kosmetyki.
Wydawało mi się, że to będzie formalność.
Nic bardziej mylnego.
Najpierw Tokopedia.
Później Shopee.
Kolejna aplikacja.
I kolejna.
Za każdym razem problem był dokładnie ten sam.
Brak lokalnej karty płatniczej.
Próbowałem wszystkiego.
Naprawdę.
Po kilkudziesięciu minutach walki spojrzałem na telefon i tylko się zaśmiałem.
Serio?
Można przejechać kilka tysięcy kilometrów przez Azję.
Zorganizować projekt społeczny.
Przygotowywać międzynarodowy retreat.
Dogadywać współpracę z hotelami.
A nie można kupić… dezodorantu. 😂
No cóż.
Takie też są uroki życia na Bali.
Ostatecznie odpuściłem.
Postanowiłem, że w przyszłym tygodniu po prostu pojadę skuterem do większego miasta i kupię wszystko stacjonarnie.
Bo przecież trzeba o siebie dbać.
I dobrze pachnieć.
Zwłaszcza kiedy człowiek ma już…
czterdzieści pięć lat na karku. 😂
Reszta dnia upłynęła bardzo spokojnie.
Spacer.
Obiad w ulubionej knajpce.
Wieczorna kolacja.
I odpoczynek.
Po ostatnich emocjonalnych tygodniach właśnie tego najbardziej potrzebowałem.

Niedziela — wszystko powoli wracało do normy
Tej nocy spałem wyjątkowo długo.
Obudziłem się dopiero około ósmej trzydzieści.
Organizm najwyraźniej sam zdecydował, że potrzebuje trochę więcej regeneracji.
I chyba miał rację.
Po przebudzeniu zrobiłem stretching.
Zjadłem śniadanie.
Opublikowałem kolejny tydzień podróży.
Później kilka codziennych obowiązków.
Posiłek.
I oczywiście…
siłownia.
Tym razem chyba wróciła moc.
Trening wszedł znakomicie.
Dawno nie miałem tyle energii.
Po powrocie przygotowałem lekcję angielskiego dla dzieci z sierocińca.
Temat na najbliższy poniedziałek?
My Dream House oraz My Dream Room.
Już nie mogłem się doczekać, co dzieci wymyślą.
Za każdym razem ich wyobraźnia zaskakuje mnie bardziej.
Jedno dziecko marzy o pokoju pełnym zwierząt.
Drugie o ogromnej bibliotece.
Trzecie o basenie.
I właśnie dlatego tak lubię te lekcje.
Nie uczymy się tylko angielskiego.
Uczymy się marzyć.
Wieczorem wszyscy usiedliśmy w kuchni.
Po raz pierwszy od wielu dni znowu zrobiło się trochę głośniej.
Srix wróciła już ze szpitala.
Od razu zrobiło się jakoś… cieplej.
W pewnym momencie przyszedł również Manku.
To balijski kapłan hinduistyczny, który w lokalnych społecznościach prowadzi ceremonie religijne i błogosławieństwa.
Na Bali, kiedy ktoś poważniej zachoruje albo wróci do domu po pobycie w szpitalu, rodzina często prosi Manku o przeprowadzenie rytuału oczyszczenia i błogosławieństwa.
Ceremonia ma symbolicznie przywrócić harmonię pomiędzy człowiekiem, naturą i światem duchowym.
Podczas rytuału składa się ofiary z kwiatów, ryżu i kadzideł.
Odmawiane są modlitwy.
Święconą wodą błogosławi się domowników.
Na końcu uczestnicy otrzymują kilka ziaren ryżu na czoło oraz wypijają lub obmywają się świętą wodą.
To nie jest „wypędzanie wirusa” w dosłownym znaczeniu.
To raczej modlitwa o zdrowie, równowagę i pomyślny powrót do sił.
Bardzo podoba mi się to, że tutaj choroba nie dotyczy tylko jednej osoby.
Przeżywa ją cała rodzina.
Wszyscy wspierają się nawzajem.
Są razem.
I chyba właśnie to ma największą wartość.
Patrzyłem na nich i pomyślałem sobie, że my na Zachodzie często leczymy ciało.
Balijczycy oprócz ciała próbują leczyć również relacje, wspólnotę i ducha.
Nie wiem, czy jedno jest lepsze od drugiego.
Ale z pewnością możemy się od siebie wiele nauczyć.
Po ceremonii usiedliśmy jeszcze na chwilę razem.
Rozmawialiśmy.
Śmialiśmy się.
I poczułem ogromną ulgę.
Jakby po dwóch tygodniach pełnych smutku życie znowu zaczynało wracać do swojego rytmu.
ZAKOŃCZENIE
Dwudziesty drugi tydzień mojej podróży nie był tygodniem spektakularnych przygód.
Nie zdobyłem żadnego szczytu.
Nie odwiedziłem nowych wysp.
Nie zrobiłem zdjęcia, które podbije Internet.
Ale wydarzyło się coś znacznie ważniejszego.
Po raz kolejny przypomniałem sobie, że największym bogactwem naszego życia są ludzie.
To oni sprawiają, że dom staje się domem.
To oni nadają sens podróżom.
To oni zostają w naszej pamięci znacznie dłużej niż najpiękniejsze widoki.
Ten tydzień pokazał mi również, jak kruche potrafi być życie.
Jak szybko wszystko może się zmienić.
I jak ważne jest, żeby nie odkładać swoich marzeń na później.
Bo nie wiemy, ile czasu zostało nam ani ludziom, których kochamy.
Dlatego chcę zakończyć ten wpis prostą myślą.
Zadzwońcie do rodziców.
Spotkajcie się z przyjaciółmi.
Przytulcie bliską osobę.
Powiedzcie komuś, że jest dla Was ważny.
I nie czekajcie z życiem na „lepszy moment”.
Bo życie dzieje się właśnie teraz.
A jutro…
nie jest obiecane nikomu.
Do zobaczenia w kolejnym tygodniu podróży.
Bo podróże nie zmieniają świata.
Zmieniają ludzi.
A zmienieni ludzie potrafią zmieniać świat. ❤️
