ONE HEART PROJECT – „Dzień który zmienił wszystko na Bali”.
Czasami życie zmienia się w momentach, których kompletnie się nie planuje.
Mieliśmy z Donnym po prostu odebrać moje indonezyjskie prawo jazdy na motor.
Nic więcej.
Kilka godzin później siedziałem już na skuterze ze łzami w oczach i próbowałem zrozumieć, dlaczego świat wygląda właśnie tak.
Bo dwa tygodnie temu trafiliśmy do lokalnego sierocińca na Bali.
I od tamtej chwili nie potrafię przestać o tym myśleć.
35 dzieci.
Różny wiek.
Różne historie.
I bardzo niewielkie wsparcie.
Ten artykuł nie jest o podróżach.
Nie jest o Bali.
Nie jest nawet o mnie.
To historia o tym, jak przypadkowa wizyta zmieniła wszystko.
I jak narodził się projekt:
„RÓŻNE HISTORIE. JEDNO SERCE.”
Jak trafiliśmy do sierocińca
Po odebraniu prawa jazdy zaczęliśmy rozmawiać z Donnym o życiu na Bali.
O lokalnych problemach.
O tym, jak wygląda codzienność poza Instagramem i turystycznymi miejscami.
I wtedy zapytaliśmy policjanta:
„Czy w pobliżu znajduje się jakiś dom dziecka?”
Powiedział:
„Tak. Około 30 minut stąd.”
Pojechaliśmy od razu.
Im bliżej byliśmy…
tym bardziej czułem dziwny ścisk w żołądku.
Nie wiedziałem, czego się spodziewać.
Nie wiedziałem nawet, czy możemy tam wejść.
Kiedy dojechaliśmy, pierwsze co zobaczyłem, to dziesiątki małych klapek ustawionych przed wejściem.
I wtedy poczułem coś bardzo trudnego do opisania.


Spotkanie z dziećmi
Po chwili wyszła do nas kobieta pracująca w sierocińcu.
Zaprosiła nas do środka.
I wtedy zobaczyliśmy dzieci.
Uśmiechnięte.
Pełne energii.
Ciekawskie.
Niektóre od razu zaczęły machać.
Inne tylko patrzyły nieśmiało.
Ale mimo tych uśmiechów…
w środku czułem ogromny smutek.
Bo świadomość, że dzieci dorastają bez rodziców, bez stabilizacji i bez podstawowych możliwości…
po prostu boli.
Zaczęliśmy rozmawiać.
To znaczy:
ja zadawałem pytania,
a Donny tłumaczył.
I wtedy dowiedzieliśmy się czegoś bardzo ważnego.
Sierociniec praktycznie nie otrzymuje wsparcia od rządu.
Pomaga lokalna społeczność.
Czasami ktoś przyniesie jedzenie.
Ktoś ubrania.
Lokalna lekarka pomaga dzieciom za darmo i organizuje podstawowe lekarstwa.
Ale nadal brakuje bardzo wielu rzeczy.
Podstawowych rzeczy.

Lista potrzeb
Zapytaliśmy:
„Jak możemy pomóc?”
I wtedy pokazano nam listę rzeczy potrzebnych każdego miesiąca.
Jedzenie.
Ryż.
Woda.
Mleko.
Produkty higieniczne.
Pampersy.
Zeszyty.
Książki.
Ubrania.
Środki czystości.
Dosłownie wszystko.
To był moment, w którym coś we mnie pękło.
Bo nagle człowiek uświadamia sobie, że rzeczy, które dla wielu z nas są codziennością…
dla innych są luksusem.


Moment, którego nie zapomnę
Przed wyjazdem wydarzyło się coś, co zostanie ze mną chyba do końca życia.
Dzieci ustawiły się obok nas i zaczęły śpiewać piosenkę dziękczynną.
O wdzięczności.
O nadziei.
O „aniołach”, które do nich przyjechały.
Nie potrafię opisać emocji, które wtedy czułem.
Nawet teraz, pisząc ten tekst…
mam łzy w oczach.
I chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że nie mogę po prostu wrócić do normalnego życia i udawać, że nic się nie wydarzyło.


Narodziny „Różne Historie. Jedno Serce.”
Po wyjściu długo rozmawialiśmy z Donnym.
I wtedy pojawił się pomysł.
A co jeśli stworzymy coś większego niż jednorazową pomoc?
Nie kolejną zbiórkę pieniędzy.
Nie chwilowy trend.
Nie content.
Tylko prawdziwy ruch ludzi z różnych krajów, kultur i środowisk.
Ludzi, którzy chcą pomagać razem.
Tak narodziło się:
„Różne Historie. Jedno Serce.”

Bo niezależnie od tego:
skąd jesteśmy,
jak wyglądamy,
jakim językiem mówimy,
ile mamy pieniędzy,
jakie mamy poglądy…
wszyscy jesteśmy ludźmi.
I każde dziecko zasługuje na szansę.
Pierwsza lekcja angielskiego… i frustracja
Kilka dni później wróciłem do sierocińca, żeby rozpocząć lekcje angielskiego.
Byłem podekscytowany.
Naprawdę chciałem działać.
Ale kiedy wszedłem do środka…
dzieci siedziały na podłodze na korytarzu.
Bez tablicy.
Bez podziału grup.
Bez żadnych materiałów.
I wtedy poczułem ogromną frustrację.
Bo zrozumiałem, że dobre chęci nie wystarczą.
Przerwałem zajęcia.
Powiedziałem, że tak to nie może wyglądać.
Obiecałem dzieciakom, że wrócę za tydzień z tablicą i wszystkim, co potrzebne.
I wróciłem.
Z pomocą Donnego i jego rodziny kupiliśmy tablicę, mazaki i przygotowaliśmy stojak.
W poniedziałek odbyła się pierwsza prawdziwa lekcja ❤️

Wizja projektu
„RÓŻNE HISTORIE. JEDNO SERCE.”
Razem budujemy nadzieję.
Razem zmieniamy życie.
Żadne dziecko nie powinno dorastać bez szans i możliwości.
Różne kraje.
Różne historie.
Jedna ludzka rodzina.
Jedno serce.
Jeden cel.
Razem możemy tworzyć prawdziwą zmianę.
Czym ma być One Heart Project?
To nie ma być zwykła zbiórka.
To ma być społeczność ludzi z całego świata.
Surferów.
Podróżników.
Twórców.
Lokalnych mieszkańców.
Ekspatów.
Firm.
Artystów.
Ludzi, którzy po prostu chcą pomagać.
Chcemy:
• organizować pomoc rzeczową,
• prowadzić edukację,
• tworzyć aktywności dla dzieci,
• budować relacje międzyludzkie,
• angażować lokalne społeczności,
• pokazywać prawdziwe historie ludzi.
Transparentnie.
Prawdziwie.
Bez sztuczności.
Manifest projektu
Wierzymy:
Że każdy człowiek niesie swoją historię.
Że empatia jest silniejsza niż podziały.
Że dobroć zmienia życie.
Że człowieczeństwo jest ważniejsze niż etykiety.
Że żadne dziecko nie powinno czuć się zapomniane.
Różne historie.
Jedno serce.
Zakończenie
Nie wiem dokładnie, dokąd doprowadzi ten projekt.
Naprawdę.
Ale wiem jedno.
Tamtego dnia w sierocińcu coś się zmieniło.
We mnie.
W moim myśleniu.
W tym, co chcę tworzyć.
Bo pierwszy raz od dawna poczułem, że nie chcę budować tylko contentu, liczb i internetu.
Chcę budować coś, co zostawia realny ślad w życiu ludzi.
I może właśnie o to chodzi.
Żebyśmy w świecie pełnym podziałów zaczęli znowu patrzeć na siebie jak na ludzi.
Nie narodowości.
Nie religie.
Nie poglądy.
Tylko ludzi.
Różne historie.
Jedno serce ❤️

