Korzystając z tej witryny, wyrażasz zgodę na Politykę prywatności
Accept

Travel𝝅Freak

Pixie travel

  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • C.U.D. Experience
  • Odcienie ludzkiego życia
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Dziennik Podróży
    • Dziennik Podróży
    • Slow travel
  • Inne
    • O Mnie
    • Kontakt
Reading: TYDZIEŃ 38 PODRÓŻY 

Travel𝝅Freak

Pixie travel

  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • C.U.D. Experience
  • Odcienie ludzkiego życia
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Dziennik Podróży
  • Inne
Search
  • Home
  • Zdrowy Tryb Życia
  • C.U.D. Experience
  • Odcienie ludzkiego życia
  • Moja Podróż Dookoła Azji
  • Gotowe Plany Podróży
  • Dziennik Podróży
    • Dziennik Podróży
    • Slow travel
  • Inne
    • O Mnie
    • Kontakt
Have an existing account? Sign In
Follow US
High Quality Design Resources for Free.

Home » Dziennik Podróży » TYDZIEŃ 38 PODRÓŻY 

Dziennik Podróży

TYDZIEŃ 38 PODRÓŻY 

Nie musisz rezygnować z marzeń. Czasami wystarczy zwolnić, żeby móc naprawdę je przeżywać.

travelpixie
Last updated: 2026/11/01 at 4:18 AM
travelpixie 1 Min Read
Share
Highlights
  • Odkrywanie wodospadów Tad Mok i Mae Sa w okolicach Chiang Mai.
  • Spokojny spacer wśród górskich krajobrazów i kwiatowych ogrodów Mon Jam.
  • Wizyta w Wat Pa Dara Phirom i czterech świątyniach historycznego Chiang Mai.
  • Rozwijanie C.U.D. Experience i przygotowania do pierwszego Hoi An Origin Experience.
  • ADHD, przeciążenie i nauka odpoczywania bez poczucia winy.
  • Podróżowanie jako sposób na poznawanie świata i lepsze rozumienie siebie.

TYDZIEŃ 38 PODRÓŻY –Wodospady, świątynie i plany, które nie chcą poczekać.

Spis Treści
Poniedziałek — Pilates, praca i plany na kolejną przygodę.Wtorek — Wodospady, leśne ścieżki i chwila tylko dla siebie.Tad Mok Waterfall — natura bez pośpiechu.Mae Sa Waterfall — kaskady, schody i trochę wspinaczki.Środa — Private Journeys i pytanie, czy zdążę ze wszystkim.Czwartek — Pilates, buddyjska świątynia i kolejny artykuł o udawaniu.Piątek — Mon Jam, kwiaty, górskie widoki i trochę oddechu.Sobota — Kiedy ADHD mówi: „Dobra, teraz wystarczy”Niedziela — Cztery zęby, cztery świątynie i słońce, które nie zna litości.Dentysta: plan był prosty. Rzeczywistość miała cztery zęby do naprawy.Okulista: a może przy okazji nowe okulary?Spacer po Chiang Mai — świątynie, historia i cztery litry płynów.Jeszcze tylko regulamin… i koniec.Podsumowanie tygodnia — Czy naprawdę wszystko musi wydarzyć się teraz?
Wodospady i świątynie północnej Tajlandii.

Chiang Mai i okolice, Tajlandia · 19–25 października 2026

Są takie tygodnie, kiedy człowiek próbuje być jednocześnie podróżnikiem, przedsiębiorcą, twórcą, nauczycielem angielskiego, specjalistą od własnego zdrowia i jeszcze osobą, która powinna regularnie odpoczywać. Brzmi rozsądnie? No właśnie. Hehe. 😅

Tydzień 38 w Chiang Mai był właśnie taki. Z jednej strony piękne wodospady, zielone ogrody, buddyjskie świątynie i chwile, w których można na moment zapomnieć o całym świecie. Z drugiej — praca nad C.U.D. Experience, kolejne elementy strony, niepokój związany z otwarciem spółki i świadomość, że do pierwszego C.U.D. Hoi An Origin Experience zostało coraz mniej czasu.

A gdzieś pomiędzy tym wszystkim byłem ja. Z moim ADHD, głową pełną pomysłów, ambicją, która czasami wyprzedza możliwości organizmu, i przekonaniem, że jeszcze tylko jedną rzecz zrobię… a potem jeszcze jedną.  I jeszcze jedną. 😉

Ten tydzień przypomniał mi, że można kochać swoje życie, mieć wielkie plany i jednocześnie potrzebować chwili, żeby po prostu usiąść, odetchnąć i niczego nie udowadniać.

Poniedziałek — Pilates, praca i plany na kolejną przygodę.

Poniedziałek zacząłem od tego, co ostatnio pomaga mi utrzymać się w ryzach — porannego Pilates Reformer w Flexure Flow Studio. Lubię te treningi. Z jednej strony wzmacniają ciało, z drugiej zmuszają mnie do skupienia się na tym, co robię w danej chwili. A przy mojej głowie, w której potrafi jednocześnie działać kilkanaście otwartych zakładek, takie ćwiczenie obecności jest naprawdę przydatne. 😄

Po treningu przyszedł czas na jedzonko i powrót do komputera. Zabierałem się za przygotowanie wpisu z 37. tygodnia podróży, żeby opowiedzieć Wam o przeprowadzce z Lombok do Chiang Mai, pierwszych dniach w nowym miejscu i wszystkich małych przygodach, które wydarzyły się po drodze.

Jeśli jeszcze nie czytaliście, wpis znajdziecie tutaj: Tydzień 37 podróży na Travel Pixie Freak.

Po południu udało mi się jeszcze wskoczyć do basenu. Trochę ruchu, trochę wody i próba odłączenia głowy od listy zadań. Niestety, nie wszystkie myśli da się zostawić przy brzegu. 😉

W skrzynce czekały kolejne wiadomości związane z otwarciem C.U.D. Experience LLC. I tutaj, szczerze mówiąc, nadal towarzyszył mi niepokój. Kiedy budujesz coś swojego, nawet jeśli bardzo tego chcesz i wkładasz w to całe serce, nie masz gwarancji, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Formalności, decyzje, terminy — czasami chciałoby się po prostu nacisnąć przycisk „gotowe” i przejść do realizacji marzeń.

Ale tak się nie da. Trzeba cierpliwie przechodzić przez kolejne etapy, nawet jeśli niepewność potrafi odebrać trochę energii.

Na koniec dnia przygotowałem jeszcze plan wtorkowej wyprawy do wodospadów. Bo przecież skoro mieszkam w północnej Tajlandii, szkoda siedzieć wyłącznie przed ekranem. 😉

Kolacja, kilka ostatnich myśli i spać. Jutro miało być zielono, mokro i zdecydowanie bardziej malowniczo niż w skrzynce mailowej.

Wtorek — Wodospady, leśne ścieżki i chwila tylko dla siebie.

Poranek zacząłem spokojnie: pobudka, joga i śniadanko. Potem kask na głowę, skuter i ruszyłem odkrywać kolejne zakątki okolic Chiang Mai. Tym razem celem były dwa wodospady: Tad Mok Waterfall i Mae Sa Waterfall. 

Lubię takie dni. Nie trzeba rezerwować wycieczki z biurem, trzymać się sztywnego harmonogramu ani sprawdzać co pięć minut, czy przypadkiem nie jesteśmy spóźnieni. Wsiadam na skuter, wybieram kierunek i po prostu jadę. Po drodze można zatrzymać się na zdjęcie, popatrzeć na krajobraz albo przez chwilę nie robić absolutnie nic.

Kaskady wodospadu Mae Sa w lesie w prowincji Chiang Mai
Tablica informacyjna opisująca wodospad w Mae Sa.
Wejście do wodospadu Tad Mok okolica Mae Rim.

Tad Mok Waterfall — natura bez pośpiechu.

Pierwszym przystankiem był Tad Mok Waterfall. Już sama droga w zielone okolice sprawia, że człowiek powoli przestawia się na inny tryb. Zamiast miejskiego ruchu i kolejnych zadań pojawiają się drzewa, wilgotne leśne powietrze i szum wody.

To miejsce ma w sobie coś, co bardzo lubię w północnej Tajlandii — nie trzeba wielkiej atrakcji ani spektakularnego planu, żeby poczuć, że jest się gdzieś wyjątkowym. Wystarczy otoczenie, chwila ciszy i możliwość pospacerowania we własnym tempie.

Wodospad otoczony zielenią wygląda szczególnie przyjemnie pośród leśnego krajobrazu. To dobry przystanek, żeby odetchnąć, rozejrzeć się i przypomnieć sobie, że podróżowanie nie musi polegać na zaliczaniu kolejnych punktów na mapie. Czasami najważniejsze jest to, co dzieje się w głowie, kiedy wreszcie przestajemy się spieszyć.

Mae Sa Waterfall — kaskady, schody i trochę wspinaczki.

Później ruszyłem do Mae Sa Waterfall, który zrobił na mnie szczególne wrażenie. To rozległy, leśny wodospad z kolejnymi kaskadami i odcinkami rzeki spływającej przez skaliste otoczenie. Nie jest to tylko jeden punkt, przy którym robisz zdjęcie i po pięciu minutach wracasz do skutera. Tutaj warto dać sobie czas na spacer i odkrywanie kolejnych fragmentów.

A trochę tego chodzenia było! Szczególnie przy drugim wodospadzie można się porządnie nachodzić. Ale właśnie to lubię — idziesz dalej, za kolejnym zakrętem pojawia się następny widok, woda płynie po skałach, dookoła jest zielono i przez moment naprawdę nie ma znaczenia, ile wiadomości czeka na odpowiedź.

Stałem, patrzyłem na kaskady i chłonąłem te widoki. Cisza, spokój, szum wody i żadnego pośpiechu. Takie chwile są dla mnie szczególnie cenne, bo na co dzień potrafię funkcjonować tak, jakby wszystko musiało wydarzyć się natychmiast.

A przecież świat nigdzie nie ucieknie, jeśli przez chwilę zwolnię.

Mam też dla Was praktyczną wskazówkę: według informacji, którą zapamiętałem z tej wizyty, bilet kupiony przy jednym z tych wodospadów obejmował również wejście do drugiego. Warto potwierdzić tę zasadę przy kasie przed zakupem, bo opłaty i warunki wstępu mogą się zmieniać.

Po takiej wyprawie wróciłem do domu z głową pełną zieleni i trochę spokojniejszymi myślami. Po drodze zrobiłem zakupy, zjadłem obiad, a wieczorem przyszła pora na lekcje angielskiego z dzieciakami. Do tego zdążyłem jeszcze przygotować i opublikować post na fanpage’u MyDriverBali.com.

Czyli klasyka: rano natura, po południu codzienne sprawy, a wieczorem praca. Hehe. Chyba jeszcze nie opanowałem sztuki robienia jednej rzeczy naraz. 😅

Środa — Private Journeys i pytanie, czy zdążę ze wszystkim.

Tego dnia pozwoliłem sobie pospać trochę dłużej. Śniadanko, kawa i komputer. Na tapecie pojawił się kolejny ważny element C.U.D. Experience — nowa podstrona na cudexperience.com, czyli C.U.D. Private Journeys.

To projekt, który jest mi szczególnie bliski, bo dobrze oddaje sposób, w jaki sam lubię podróżować. Nie chodzi o to, żeby wcisnąć do planu jak najwięcej atrakcji, odhaczyć dziesięć miast w tydzień i wrócić do domu bardziej zmęczonym niż przed urlopem.

Chcę tworzyć indywidualnie zaprojektowane podróże po Azji — dopasowane do człowieka, jego zainteresowań, budżetu, tempa i tego, czego naprawdę szuka. Dla jednej osoby najważniejsze będą lokalna kultura i spotkania z ludźmi, dla innej natura, ocean, dobre jedzenie, kameralne miejsca albo czas na odpoczynek.

W ramach Private Journeys planuję trzy poziomy współpracy. Od samego, starannie przygotowanego planu, który podróżnik realizuje samodzielnie, przez koordynację uzgodnionych rezerwacji i usług, aż po bardziej osobiste wsparcie concierge w ustalonym zakresie. To nie mają być gotowe pakiety dla wszystkich, lecz podróże projektowane z myślą o konkretnym człowieku.

Krótko mówiąc: nie tylko dokąd jedziesz, ale jak doświadczasz tego miejsca. To właśnie chciałbym przekazać przez C.U.D.

Pracy nad stroną było sporo. Trzeba poukładać treści, zastanowić się nad strukturą, pokazać różnice między poziomami usług i dopilnować, żeby całość była czytelna oraz spójna z ideą marki. A przecież to tylko jeden z elementów całego projektu.

Później poszedłem na siłownię, żeby chociaż na chwilę oderwać się od ekranu. Następnie rozmawiałem z Tomkiem o tym, jak najlepiej przedstawić nową zakładkę na stronie.

I wtedy znowu wróciła ta myśl, która coraz częściej pojawia się w mojej głowie: do pierwszego C.U.D. Hoi An Origin Experience zostało już naprawdę niewiele czasu.

Z jednej strony czuję ekscytację, bo coś, co przez długi czas istniało głównie w mojej głowie, zaczyna nabierać realnych kształtów. Z drugiej — coraz mocniej obawiam się, czy ze wszystkim zdążę.

Chciałbym, żeby każdy element był dopracowany, żeby strona działała, formalności były zamknięte, a cała koncepcja była gotowa na przyjęcie pierwszych gości. Tylko że lista zadań zdaje się nie mieć końca.

I tak, pojawił się smutek. Bo kiedy bardzo Ci na czymś zależy, łatwo zacząć patrzeć na wszystko, czego jeszcze nie zrobiłeś, zamiast zauważyć, jak daleko już zaszedłeś. Niby taki mądry, a głupi 😉 hehe

Ale zobaczymy. Krok po kroku. Przynajmniej tak sobie mówię. 😉

Czwartek — Pilates, buddyjska świątynia i kolejny artykuł o udawaniu.

Poranek znów rozpocząłem od Pilates Reformer. Coraz bardziej doceniam to, że mam w Chiang Mai swoje małe rytuały. Wiem, że kiedy zbyt długo siedzę przy komputerze i próbuję ogarnąć wszystkie sprawy jednocześnie, ruch pomaga mi wrócić do siebie.

Po treningu wybrałem się do buddyjskiej świątyni Wat Pa Dara Phirom Phra Aram Luang w Mae Rim.

Zdobiona architektura buddyjskiej świątyni Wat Pa Dara Phirom w Mae Rim
Zdobiona architektura buddyjskiej świątyni Wat Pa Dara Phirom w Mae Rim

To piękna świątynia o wyjątkowo spokojnej atmosferze, z bogatymi detalami architektonicznymi i charakterystycznymi elementami północnotajskiej tradycji Lanna. Kompleks ma także znaczenie historyczne i jest związany z okolicami dawnego pałacu Dara Rasami. To jedno z tych miejsc, w których warto nie tylko zrobić zdjęcie, ale również na chwilę przystanąć i popatrzeć na detale.

Sami zobaczcie, jak pięknie potrafi wyglądać tajska architektura sakralna. Niektóre budynki są tak dopracowane, że można długo przyglądać się zdobieniom, dachom i ornamentom, za każdym razem zauważając coś nowego.

Lubię odwiedzać takie miejsca bez wielkiego planu. Nie zawsze muszę znać wszystkie daty i historyczne szczegóły. Czasami wystarczy wejść, poczuć atmosferę i pozwolić sobie na kilka minut ciszy.

Później wróciłem do codzienności i opublikowałem kolejny wpis z serii „Odcienie ludzkiego życia”:

Jak dużo energii tracisz na udawanie, że wszystko jest dobrze?

To temat, który dotyczy chyba większej liczby osób, niż nam się wydaje. Ile energii tracimy na pokazywanie światu, że wszystko jest w porządku? Ile razy mówimy „wszystko dobrze”, choć w środku czujemy zmęczenie, niepewność albo zwyczajnie potrzebujemy chwili dla siebie?

Sam też nie zawsze potrafię zatrzymać się na czas. Czasem łatwiej jest wymyślić kolejny projekt, zaplanować następne działanie i ruszyć dalej, niż przyznać, że potrzebuję odpoczynku.

Po publikacji wpisu przyszedł czas na obiad, wieczorne lekcje angielskiego i koreański serial. Taki zwyczajny dzień, w którym trochę udało się zrobić, trochę zobaczyć, a wieczorem po prostu odpuścić.

I dobrze. Nie każdy dzień musi być przełomowy.

Piątek — Mon Jam, kwiaty, górskie widoki i trochę oddechu.

Na piątek zaplanowałem wycieczkę do Mon Jam, górskiej okolicy położonej w rejonie Mae Rim, znanej z rozległych widoków, kwiatowych ogrodów i upraw na tarasowych zboczach.

Chwila oddechu w Mon Jam.
Chwila oddechu w Mon Jam.

Po śniadaniu wsiadłem na skuter i ruszyłem przed siebie. Już sama jazda w tamtym kierunku jest przyjemnością — droga prowadzi przez coraz bardziej zielone okolice, a krajobraz stopniowo się zmienia. W końcu docierasz do miejsca, gdzie można spojrzeć na okoliczne wzgórza i poczuć, że miasto zostało gdzieś daleko za plecami.

Na miejscu czekały na mnie piękne widoki, ogrody kwiatowe i pola ryżowe. Uwielbiam takie krajobrazy. Zieleń, przestrzeń, kolory i ta przyjemna możliwość spacerowania bez konkretnego celu.

Mon Jam ma w sobie coś, co sprawia, że człowiek automatycznie zwalnia. Można przejść się między ogrodami, znaleźć punkt widokowy, popatrzeć na uprawy i po prostu nacieszyć oczy. Oczywiście, są tam również miejsca przygotowane z myślą o turystach, kawiarnie i punkty widokowe, ale dla mnie najważniejsze było to, że mogłem pobyć chwilę na świeżym powietrzu, z dala od komputera.

Spacerowałem, rozglądałem się i rozmyślałem. O C.U.D., o tym, co chcę stworzyć, o czasie, który coraz szybciej ucieka, i o tym, jak łatwo zamienić marzenie w kolejną listę obowiązków.

Bo przecież pierwotnie chciałem podróżować, poznawać świat, spotykać ludzi i żyć bardziej po swojemu. Dziś mam możliwość robienia wielu z tych rzeczy, ale czasami tak bardzo koncentruję się na budowaniu przyszłości, że zapominam przeżywać teraźniejszość.

I właśnie dlatego potrzebuję takich wyjazdów. Nie po to, żeby uciekać od pracy, ale żeby pamiętać, po co właściwie ją wykonuję.

Po południu wróciłem do Mae Rim i wskoczyłem do basenu. Później przygotowałem post na LinkedIn dla C.U.D. Experience, wieczorem odbyły się lekcje angielskiego, a potem już tylko odpoczynek.

Piątek był dobry. Nie dlatego, że udało mi się odhaczyć wszystkie zadania, ale dlatego, że znalazłem trochę przestrzeni dla siebie.

Sobota — Kiedy ADHD mówi: „Dobra, teraz wystarczy”

Sobota miała być spokojniejsza. I w sumie taka była, choć niekoniecznie w sposób, jaki sobie wymarzyłem.

Powoli zaczynało do mnie docierać, że znowu przesadzam. Za dużo rzeczy naraz, za dużo pomysłów, za dużo planów i za mało miejsca na zwyczajne bycie.

Znacie to uczucie, kiedy głowa już dawno zaplanowała kolejne dziesięć rzeczy, ale ciało próbuje Wam delikatnie — albo wcale niedelikatnie — powiedzieć, że nie nadąża?

U mnie wygląda to czasami tak, że pomysł goni pomysł. Jedna rzecz jest jeszcze niedokończona, a ja już widzę trzy następne możliwości. ADHD potrafi dodawać mi energii do działania, kreatywności i szukania nowych rozwiązań, ale kiedy nie pilnuję granic, równie łatwo wciąga mnie w tryb, w którym wszystko wydaje się pilne.

A potem przychodzi moment, kiedy tej energii zaczyna brakować.

W sobotę czułem się właśnie tak — trochę rozbity, bez większej ochoty na cokolwiek. Pokręciłem się skuterem po mieście, ale nawet to nie poprawiło mi szczególnie nastroju. Do tego rozbolała mnie głowa.

W końcu odwołałem lekcje angielskiego z dzieciakami. Nie miałem na nie siły i, szczerze mówiąc, nie miałem też ochoty udawać, że wszystko jest w porządku.

Czasami trudno mi zaakceptować, że nie mogę zrobić wszystkiego, co sobie zaplanowałem. Mam przecież tyle pomysłów, tyle rzeczy do stworzenia i tyle planów związanych z C.U.D. Experience. Chciałbym, żeby wszystko rozwijało się szybciej, żeby każdy element był gotowy i żeby nie trzeba było ciągle zastanawiać się, czy zdążę.

Tylko że człowiek nie jest maszyną. Nawet jeśli czasem próbuje nią być. 😉

Poszedłem wcześnie spać, bo niedziela zapowiadała się intensywnie: dentysta, okulista i spacer po centrum Chiang Mai.

W tamtej chwili potrzebowałem przede wszystkim snu. I chyba właśnie tego czasami najbardziej nie doceniam — że odpoczynek nie jest nagrodą za wykonanie wszystkich zadań. Jest czymś, czego potrzebuję również po to, żeby móc je wykonywać.

Niedziela — Cztery zęby, cztery świątynie i słońce, które nie zna litości.

Niedziela rozpoczęła się dość wcześnie. Wsiadłem na skuter i ruszyłem do centrum Chiang Mai. Pierwszy przystanek? Śniadanie w Sally’s Breakfast.

I bardzo dobrze, że od tego zacząłem, bo czekał mnie dzień, który połączył medyczne sprawy, zwiedzanie i sporo chodzenia w tajskim słońcu.

Dentysta: plan był prosty. Rzeczywistość miała cztery zęby do naprawy.

Na godzinę 11:00 miałem umówioną drugą wizytę w Aesthetic Dental Clinic. Po poprzedniej wizycie wiedziałem już, że czeka mnie leczenie, ale nie spodziewałem się, że okaże się, iż do wypełnienia są aż cztery zęby.

Cztery!

No cóż. Zamiast rozkładać to na kolejne wizyty, postanowiłem zrobić wszystko za jednym razem. Hehe. Bo przecież jeśli już coś robić, to od razu, prawda? Moje ADHD z pewnością było zachwycone tym pomysłem. 😅

Całość zajęła około półtorej godziny. Obsługa była fachowa i profesjonalna, więc kiedy skończyłem, mogłem odhaczyć kolejny punkt na liście.

Dla osób, które szukają dentysty w Chiang Mai, zostawiam stronę kliniki: Aesthetic Dental Clinic.

Okulista: a może przy okazji nowe okulary?

Następnie ruszyłem na badanie wzroku. Pomyślałem, że skoro już załatwiam sprawy zdrowotne, to sprawdzę również oczy i zobaczę, czy nie przydadzą mi się okulary.

Wynik? Widzę jak sokół! Hehe. 

Przynajmniej ten punkt można było zamknąć bez dodatkowych wydatków i kolejnych wizyt. Czasami jednak warto sprawdzić, zamiast zgadywać.

Spacer po Chiang Mai — świątynie, historia i cztery litry płynów.

Po badaniach zostawiłem skuter na parkingu i ruszyłem pieszo na zwiedzanie miasta. Plan obejmował cztery miejsca: Wat Suan Dok, Tha Phae Gate, Wat Chedi Luang i Wat Phra Singh.

Tydzień 38 podróży -Złote zdobienia i architektura Lanna w świątyni Wat Phra Singh.

Wat Suan Dok to świątynia znana między innymi z charakterystycznych białych stup, które wyróżniają się na tle nieba. To miejsce ma spokojniejszy charakter i pozwala zobaczyć nieco inną stronę religijnej architektury Chiang Mai.

Później dotarłem do Tha Phae Gate, jednej z najbardziej rozpoznawalnych bram dawnego miasta. To dobry punkt orientacyjny, a zarazem przypomnienie, że Chiang Mai ma długą historię jako stolica królestwa Lanna.

Kolejny przystanek to Wat Chedi Luang — świątynia z monumentalną, historyczną ceglaną stupą. Jej rozmiar robi wrażenie, a widok starej konstrukcji pozwala wyobrazić sobie, jak ważnym miejscem była w dawnym Chiang Mai.

Na końcu odwiedziłem Wat Phra Singh, jeden z ważniejszych kompleksów świątynnych w mieście, ceniony za architekturę w stylu Lanna i znajdujące się tam obiekty sakralne.

To właśnie lubię w Chiang Mai — świątynie są tutaj niemal na każdym kroku. Spacerujesz ulicą i za chwilę widzisz kolejną bramę, złote zdobienia, dachy o charakterystycznych kształtach albo niewielki dziedziniec, w którym życie toczy się znacznie spokojniej niż na pobliskiej drodze.

Można spędzić całe godziny, zaglądając do kolejnych miejsc. I właściwie chciałoby się zobaczyć jeszcze więcej.

Tyle że tego dnia pogoda miała wobec mnie inne plany. 😅

Słońce grzało tak mocno, że miałem wrażenie, jakby ktoś przez cały spacer opalał mnie palnikiem. Przeszedłem wszystko pieszo w około dwie godziny, ale temperatura dawała się mocno we znaki.

Wypiłem dwa litry wody, colę i wodę kokosową, a i tak czułem, że słońce wygrało tę rundę. Hehe. To był jeden z tych momentów, kiedy piękno miejsca przegrywa z bardzo przyziemną potrzebą znalezienia cienia i klimatyzacji.

Po spacerze poszedłem na obiad, a później ruszyłem w drogę powrotną. Do domu dotarłem około 17:00, kompletnie wypompowany.

I wtedy przypomniałem sobie, że czeka jeszcze jedna rzecz: regulamin dla C.U.D. Experience.

Bo oczywiście dzień bez dodatkowego zadania byłby dniem straconym. 😉

Jeszcze tylko regulamin… i koniec.

Mimo zmęczenia usiadłem do komputera i zabrałem się za przygotowanie regulaminu. To kolejny element budowania projektu, który może nie jest tak ekscytujący jak wymyślanie podróży czy odkrywanie nowych miejsc, ale jest potrzebny, żeby całość miała solidne podstawy.

Udało się go napisać. Zjadłem kolację, wziąłem prysznic i pomyślałem, że obejrzę sobie jeszcze odcinek koreańskiego serialu.

Nie obejrzałem. Zasnąłem. 😂

I chyba to najlepiej podsumowuje moją niedzielę.

Nie brakowało mi pomysłów ani motywacji. Zabrakło mi po prostu energii.

Podsumowanie tygodnia — Czy naprawdę wszystko musi wydarzyć się teraz?

Kiedy patrzę na ten tydzień, widzę dwie rzeczy, które nie zawsze łatwo mi ze sobą pogodzić.

Z jednej strony jestem ogromnie wdzięczny za życie, które prowadzę. Za możliwość mieszkania w Azji, odkrywania nowych miejsc, poznawania lokalnej kultury, chodzenia po leśnych ścieżkach i odwiedzania świątyń, które mają w sobie tyle historii i spokoju.

Jestem wdzięczny, że mogę rozwijać C.U.D. Experience i próbować stworzyć coś, co będzie odzwierciedleniem moich wartości. Coś, co nie sprowadza podróży do listy atrakcji, lecz daje ludziom przestrzeń na autentyczne doświadczenia, spotkania i uważniejsze przeżywanie świata.

Z drugiej strony coraz wyraźniej widzę, jak łatwo można się w tym wszystkim zatracić.

Kiedy masz ADHD i głowę pełną pomysłów, czasami trudno jest odróżnić ekscytację od przeciążenia. Każdy nowy pomysł wydaje się ważny. Każde zadanie domaga się uwagi. Każda szansa wygląda jak coś, czego nie można przegapić.

I nagle okazuje się, że nawet w pięknym miejscu, w którym chciałeś zwolnić, myślami jesteś już trzy kroki dalej.

Nie chcę rezygnować z ambicji. Nie chcę przestać tworzyć, podróżować ani realizować marzeń. Chcę tylko nauczyć się robić to w taki sposób, żeby po drodze nie zgubić samego siebie.

Może więc ten tydzień nie był przypomnieniem, że muszę robić mniej ze swoich marzeń. Może był przypomnieniem, że muszę zostawić sobie wystarczająco dużo siły, żeby móc je naprawdę przeżywać.

Bo przecież nie po to buduję życie na własnych zasadach, żeby później być zbyt zmęczonym, by się nim cieszyć.

Na razie uczę się tego w praktyce. Czasem przy wodospadzie, czasem na macie do Pilatesu, a czasem dopiero wtedy, gdy zasypiam w połowie odcinka serialu. Hehe. 😉

A Wy? Potraficie zatrzymać się, zanim organizm sam wymusi na Was odpoczynek?

Share this Article
Facebook Twitter Email Print
Leave a comment Leave a comment

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Follow Us

FACEBOOK
INSTAGRAM

Newsletter

Sprawdź swój email lub spam😉

© 2024 TravelPixieFreak, All Rights Reserved. Designed and developed by Axiri.pl and Stromk.pl

Bądź na bierząco!

Zapisz się do mojego newslettera i nigdy nie przegapisz moich najświeższych wpisów

Sprawdź swoją skrzynkę odbiorczą lub folder ze spamem, aby potwierdzić subskrypcję.

Zero spamu. Zrezygnuj z subskrypcji w dowolnym momencie.
Welcome Back!

Sign in to your account

Lost your password?