TYDZIEŃ 36 PODRÓŻY – 5 październik – 11 października 2026 – Czas nie czeka, a życie dzieje się teraz.
Lombok — Tetebatu, ukryte wodospady, historia Dayu i ostatnie chwile przed kolejną podróżą.
Są takie tygodnie w podróży, kiedy człowiek odwiedza nowe miejsca, robi setki zdjęć i odhacza kolejne atrakcje. A są też takie, kiedy najważniejsze rzeczy dzieją się zupełnie gdzie indziej — podczas samotnego spaceru między polami ryżowymi, w trakcie czytania historii drugiego człowieka albo przy stole w restauracji, w której jedzenie jest tak dobre, że człowiek chciałby zatrzymać czas. ❤️
Ten tydzień na Lombok miał wszystkiego po trochu. Były ukryte wodospady, czarne małpy, joga, siłownia, planowanie kolejnej podróży i oczywiście praca nad moimi projektami. Ale był też moment, który szczególnie mnie ucieszył: historia Dayu, która dołączyła do mojej serii „Odcienie Ludzkiego Życia”.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim wróciła myśl, która towarzyszy mi od dawna: mamy tylko jedno życie. Nie warto odkładać wszystkiego na bliżej nieokreślone „kiedyś”.
Bo czas płynie. Niezależnie od tego, czy jesteśmy gotowi, czy nie.

PONIEDZIAŁEK — Pola ryżowe, wodospad i myśli, których nie da się zaplanować.
Poranek w Tetebatu. Pobudka, a za oknem taki widok, że najlepiej byłoby w ogóle nie wychodzić z pokoju. Zobaczcie sami! 😍

Zanim jednak zabrałem się na dobre do pracy, postanowiłem wykorzystać poranek i wybrać się na spacer w stronę pól ryżowych oraz wodospadu Durenne.
I to był strzał w dziesiątkę.
Wyobraźcie sobie poranne światło, soczystą zieleń, pola ryżowe ciągnące się po horyzont i praktycznie zero turystów. Tylko ja, natura i przestrzeń, której tak często brakuje nam w codziennym życiu.
Spacer był cudowny. Bez pośpiechu, bez konieczności sprawdzania, co jeszcze muszę zrobić, bez planu na każdą kolejną minutę.
I oczywiście zaczęły się rozmyślania.
O życiu. O wdzięczności. O tym, jak wiele rzeczy traktujemy jako oczywiste, dopóki nie zatrzymamy się na chwilę i nie spojrzymy na nie z innej perspektywy.
Przecież jeszcze kilkanaście lat temu nie wiedziałem, jak będzie wyglądało moje życie dzisiaj. Po tym wszystkim, co przeszedłem, samo to, że mogę podróżować, odkrywać nowe miejsca, poznawać ludzi i budować własne projekty, jest dla mnie czymś naprawdę wyjątkowym.
I nie chodzi o to, że każdy dzień musi być idealny. Nie musi.
Chodzi o to, żeby umieć zauważyć, kiedy jest dobrze.
Żeby doceniać poranek, kiedy budzimy się w pięknym miejscu. Rozmowę z kimś, kto nas rozumie. Dobry posiłek. Śmiech. Spokojny wieczór. A nawet zwykły spacer, podczas którego nie musimy nigdzie się spieszyć.
Bo czas mija nieubłaganie.
Często mówimy sobie, że coś zrobimy później. Kiedy będzie więcej pieniędzy. Kiedy znajdziemy lepszy moment. Kiedy skończymy pracę. Kiedy wszystko będzie idealnie przygotowane.
Tylko że życie nie czeka, aż skończymy swoją listę zadań.
Jeśli o czymś marzymy, zacznijmy robić w tym kierunku choćby małe kroki już dzisiaj.
Nie każdy może rzucić wszystko i wyjechać w podróż do Azji. Nie o to chodzi. Czasami pierwszym krokiem jest rozmowa, zapisanie się na kurs, odłożenie niewielkiej kwoty albo podjęcie decyzji, którą odkładaliśmy od miesięcy.
Nie musimy od razu zmieniać całego życia.
Ale możemy zacząć je zmieniać.
I przede wszystkim nie zapominajmy o szczęściu ukrytym w małych rzeczach. Bo jeśli będziemy czekać na wielkie wydarzenia, żeby poczuć się szczęśliwi, możemy przegapić mnóstwo pięknych chwil po drodze.
Mamy tylko jedno życie. Warto naprawdę w nim uczestniczyć, zamiast ciągle przygotowywać się do tego, żeby kiedyś zacząć żyć. ❤️
Po powrocie wybrałem się na obiad do Cosy Corner Restaurant w Tetebatu.
I po raz kolejny było pysznie!
Lokalne jedzenie, bardzo miła obsługa i podejście, które naprawdę doceniam. Jestem dość wybredny, a do tego nie mogę jeść wszystkiego, dlatego nie zawsze mogę po prostu zamówić pierwsze danie z menu.
Tutaj jednak nie było problemu. Specjalnie dla mnie przygotowywali dania z tofu i bez ostrości.
A to w Indonezji naprawdę ma znaczenie.
Wiele lokalnych potraw podaje się z sambalem, czyli ostrą pastą lub sosem przygotowywanym najczęściej z papryczek chili, często z dodatkiem czosnku, szalotki, pomidora, limonki albo innych składników. Istnieje mnóstwo regionalnych wersji sambalu, a jego ostrość potrafi być naprawdę konkretna. 🔥
Czasami sambal jest podawany osobno, a czasami stanowi część dania. I właśnie wtedy pojawia się problem, jeśli ktoś nie toleruje ostrego jedzenia.
Dlatego możliwość zamówienia czegoś łagodnego jest dla mnie ogromnym plusem.
Po obiedzie krótka drzemka, dalsza praca nad wpisem z poprzedniego tygodnia podróży, kolejny posiłek i spać.
Zwyczajny dzień?
Może.
Ale właśnie takie dni często pamiętam najlepiej.

WTOREK — Od płatności za hotel po wodospad ukryty pod ziemią.
Wtorek zacząłem od spraw, które może nie są najbardziej ekscytującą częścią podróżowania, ale bez nich trudno ruszyć dalej.
Przede wszystkim opłata za zakwaterowanie w Chiang Mai, gdzie miałem wyruszyć 13 października.
I przy tej okazji pomyślałem, że podzielę się z Wami sposobem, z którego sam korzystam przy płatnościach za granicą. Bo jeśli podróżujecie po Azji, rezerwujecie noclegi i robicie przelewy w różnych walutach, warto wiedzieć, jak działa Wise.
Jak to działa w praktyce?
Załóżmy, że musicie zapłacić za hotel w Tajlandii, Indonezji albo innym kraju, a właściciel prosi o przelew na lokalne konto bankowe.
Możecie oczywiście zrobić przelew ze swojego tradycyjnego banku. Problem w tym, że bank może zastosować własny kurs wymiany waluty, pobrać prowizję za przewalutowanie albo naliczyć opłatę za przelew zagraniczny.
I nagle okazuje się, że płacicie więcej, niż początkowo zakładaliście.
Jednym z rozwiązań może być Wise.
W dużym uproszczeniu wygląda to tak:
- Zakładacie konto Wise i przechodzicie wymagany proces weryfikacji.
- Zasilacie konto przelewem ze swojego rachunku, na przykład z mBanku, Revoluta lub innego banku. Wcześniej sprawdzacie, jaką metodę zasilenia i jakie opłaty oferuje Wise dla Waszej waluty.
- Wybieracie walutę, na którą chcecie wymienić pieniądze. Wise pokazuje kurs wymiany i opłatę przed zatwierdzeniem transakcji.
- Wymieniacie środki i sprawdzacie, ile dokładnie otrzymacie w walucie docelowej.
- Wysyłacie przelew na konto odbiorcy, na przykład właściciela hotelu. Wpisujecie jego dane bankowe, sprawdzacie kwotę oraz przewidywany czas realizacji i zatwierdzacie płatność.
I tyle.
Nie musicie koniecznie wypłacać pieniędzy z bankomatu, nosić przy sobie dużej ilości gotówki ani płacić każdorazowo kartą, jeśli obiekt przyjmuje przelewy bankowe.
Warto jednak pamiętać o kilku rzeczach. Wise pobiera opłaty, a ich wysokość zależy między innymi od waluty, kwoty i sposobu płatności. Kurs oraz koszt transakcji zawsze sprawdzajcie przed jej zatwierdzeniem. Nie każda waluta i każda metoda przelewu są dostępne na takich samych zasadach. Również Wasz bank może pobierać opłatę za samo zasilenie konta Wise.
Moja rada? Porównujcie całkowity koszt transakcji, a nie tylko sam kurs wymiany. Czasami różnica jest niewielka, ale przy regularnych płatnościach za noclegi i usługi może się uzbierać całkiem konkretna kwota.
No dobrze, koniec finansowej edukacji. 😂
Czas na śniadanie!
Wybrałem się do Eleen Bungalow w Tetebatu. Śniadanie? Podstawowe, bez wielkiego „wow”. Naleśniki, trochę owoców i tyle. Hehe.
Ale samo miejsce jest naprawdę fajne. Zieleń, spokój i atmosfera, dla której przyjeżdża się do tej części Lombok. Nie zawsze jedzenie musi być wybitne, żeby całe miejsce miało swój urok.
Po śniadaniu ruszyłem w stronę jednego z ciekawszych miejsc w okolicy.
Air Sarang Walet — wodospad ukryty w skalnym świecie.

Tego dnia odwiedziłem Air Sarang Walet, znany również jako Sarang Walet Waterfall. To niezwykły wodospad w okolicach Tetebatu, ukryty w skalnym, przypominającym jaskinię przejściu.
Już sama droga do niego jest częścią przygody. Najpierw pola ryżowe i zielone otoczenie, a później skały, wąskie przejścia i woda.
Kiedy dociera się na miejsce, ma się wrażenie, jakby odkryło się coś schowanego przed światem.
I właśnie takie miejsca lubię najbardziej.
Nie potrzebuję atrakcji, przy której stoi dziesięć autobusów i każdy czeka na swoją kolej do zdjęcia. Wolę czasami trochę się pokręcić, przejść mniej oczywistą ścieżką i znaleźć coś, co na chwilę pozwala zapomnieć o całym świecie.
Air Sarang Walet zdecydowanie zapisał się na mojej liście ciekawych miejsc na Lombok.
Po powrocie obiad, praca nad MyDriverBali.com, trochę stretchingu, drzemka i dopinanie wyjazdu do Chiang Mai.
Wizy, karta przylotu, dokumenty, sprawdzanie wszystkiego po kolei.
Podróżowanie to nie tylko piękne widoki. To również te wszystkie drobiazgi, które trzeba załatwić, żeby później bez stresu móc cieszyć się kolejnym miejscem.
Wieczorem jeszcze kilka rzeczy do sprawdzenia i spać.
ŚRODA — Motyle w brzuchu i historia Dayu.
Są takie wiadomości, które potrafią poprawić człowiekowi cały dzień.
A czasami nawet cały tydzień.
Rano pobudka, yoga, śniadanko i sprawdzanie poczty.
I wtedy zobaczyłem wiadomość od Dayu.
Przesłała odpowiedzi na moje pytania do kolejnego artykułu z serii „Odcienie Ludzkiego Życia”.
Jej historia była już opublikowana — możecie przeczytać ją TUTAJ.
Nie potrafię Wam dokładnie opisać tego uczucia, które pojawiło się w środku.
Motyle w brzuchu.
Radość.
Ciekawość.
I ta ekscytacja, kiedy wiesz, że za chwilę przeczytasz coś osobistego, czym ktoś postanowił się z Tobą podzielić.
Uwielbiam ten moment.
Kiedy osoba, którą początkowo znałeś jedynie z codziennych rozmów, spotkań czy wspólnie spędzonego czasu, otwiera przed Tobą kolejne drzwi do swojego świata.
I nagle poznajesz jej historię znacznie głębiej.
Jej doświadczenia.
Jej przemyślenia.
To, czego nauczyło ją życie.
Czasami rzeczy, o których nigdy nie powiedziałaby podczas zwykłej rozmowy przy śniadaniu.
Właśnie dlatego powstały „Odcienie Ludzkiego Życia”.
Nie po to, żeby pokazywać idealnych ludzi, którzy zawsze wiedzą, co robić.
Wręcz przeciwnie.
Interesują mnie ludzie prawdziwi. Z własną historią, trudnościami, radościami, błędami, marzeniami i sposobem patrzenia na świat.
Mam nadzieję, że ich opowieści pomogą Wam czasami spojrzeć na własne życie z innej perspektywy.
Może znajdziecie w nich odpowiedź na pytanie, które sami sobie zadajecie.
Może coś Was zainspiruje.
A może po prostu zobaczycie, że nie jesteście sami ze swoimi problemami.
Bo w gruncie rzeczy, mimo że pochodzimy z różnych krajów, kultur i środowisk, mamy ze sobą znacznie więcej wspólnego, niż czasami nam się wydaje.
Każdy z nas czegoś szuka.
Każdy próbuje zrozumieć siebie.
Każdy ma swoje obawy, nadzieje i marzenia.
I każdy, na swój sposób, próbuje znaleźć drogę przez życie.
Kim jest Dayu Murtini?

Dayu Murtini to osoba, którą poznałem na Bali. Razem z mężem prowadzi Durenne Bali Retreat — miejsce, do którego wracałem wielokrotnie i które z czasem stało się dla mnie czymś znacznie więcej niż kolejnym punktem na mapie.
Od pierwszych wizyt czułem tam atmosferę domu.
Spokój.
Życzliwość.
Bliskość natury.
Możliwość zatrzymania się i złapania oddechu.
Pamiętam ogród Dayu, jedzenie przygotowywane z lokalnych składników, otoczenie zieleni i możliwość spędzania czasu blisko górskiego strumienia. To wszystko sprawiało, że pobyt w Durenne miał dla mnie wyjątkowy charakter.
Ale najważniejsi byli ludzie.
Dayu kojarzy mi się z ciepłem, spokojem i takim rodzajem obecności, przy którym człowiek nie musi niczego udowadniać. Przypomina mi pod tym względem moją mamę — nie dlatego, że są takie same, ale przez tę trudną do opisania łagodność, którą niektórzy ludzie wnoszą do naszego życia.
Jeśli chodzi o jej zasługi, nie chcę dopisywać Dayu osiągnięć, których nie potrafię rzetelnie potwierdzić. To, co mogę opowiedzieć z własnego doświadczenia, to jej wkład w tworzenie miejsca, w którym goście mogą poczuć się zaopiekowani, odpocząć i doświadczyć balijskiej gościnności w bliskim kontakcie z naturą.
I dla mnie to również ma wartość.
Bo nie każda ważna rzecz musi być wielkim projektem, nagrodą czy publicznym osiągnięciem.
Czasami znaczenie ma to, jak traktujemy ludzi, których spotykamy na swojej drodze.
Jaką atmosferę tworzymy wokół siebie.
I co zostaje w drugim człowieku po naszym spotkaniu.
Dla mnie Dayu jest właśnie jedną z takich osób.
Jej historia w „Odcieniach Ludzkiego Życia” jest kolejną okazją, żeby zatrzymać się i posłuchać.
Artykuł Dayu możecie przeczytać TUTAJ. ❤️
Po tej dawce emocji ruszyłem na siłownię. Bo nawet jeśli głowa pracuje na pełnych obrotach, ciało też potrzebuje swojej porcji ruchu.
Później obiad i dalsza praca nad artykułem Dayu.
Po południu spacer, pralnia i wieczorna lekcja angielskiego z dzieciakami.
Trochę śmiechu, trochę nauki i kolejny dzień za mną.
CZWARTEK — Odcienie życia, pazury i planowanie Chiang Mai.
Pobudka, śniadanie, yoga.
A później powrót do pracy nad historią Dayu.
Chciałem, żeby artykuł nie był tylko zbiorem odpowiedzi na pytania. Zależało mi, żeby pokazać w nim człowieka — jego sposób myślenia, doświadczenia i to, co może zostać z czytelnikiem na dłużej.
To właśnie jest dla mnie najważniejsze w tej serii.
Nie chodzi o to, żeby kogoś oceniać albo przedstawiać jako wzór do naśladowania.
Chodzi o poznanie drugiej osoby.
Zrozumienie, że za każdym uśmiechem i każdą historią kryje się coś więcej.
Później opublikowałem również swój kolejny wpis refleksyjny do „Odcieni Ludzkiego Życia” — możecie go przeczytać TUTAJ.
A po pracy czas na sprawy bardzo przyziemne.
Manicure i pedicure.
Bo pazury znowu urosły jak szalone. 😂
Nie wiem, jak to się dzieje, że czasami mam wrażenie, że dopiero co byłem u kosmetyczki, a tu już znowu trzeba wszystko ogarniać.
Obiad, a później moje ulubione zajęcie: planowanie kolejnego miejsca!
Tym razem na tapecie Chiang Mai.
Szukam dentysty, sprawdzam laboratoria, porównuję dostępne usługi i układam listę rzeczy, które chciałbym załatwić podczas pobytu.
Mam też zaplanowane badania krwi, więc muszę sprawdzić, gdzie najlepiej je wykonać.
Niektórzy podczas podróży przeglądają wyłącznie plaże i restauracje.
A ja?
Dentysta, laboratorium, Pilates, zdrowe jedzenie, siłownia i ciekawe miejsca w okolicy. 😂
Każdy ma swoje hobby.
I przyznam, że wyszukiwanie miejsc, porównywanie opcji i układanie planów sprawia mi naprawdę dużo przyjemności.
Wieczorem kolacja i spokojny odpoczynek.
Bez wielkich atrakcji.
Bez pośpiechu.
Czasami właśnie taki dzień jest najbardziej potrzebny.
PIĄTEK — Poszukiwania czarnych małpek.
Pobudka, śniadanko i ruszam na kolejną wyprawę.
Tym razem cel był konkretny: Monkey Forest w Tetebatu i poszukiwanie czarnych małpek. 😂
Bo skoro jestem w tej części Lombok, to przecież trzeba zobaczyć, kto jeszcze mieszka w tutejszym lesie.
Czekał mnie około trzygodzinny spacer.
I bardzo dobrze!
Lubię takie wycieczki, podczas których nie tylko docieram do konkretnego miejsca, ale mogę też po prostu chodzić, obserwować otoczenie i chłonąć atmosferę okolicy.
Tetebatu ma zupełnie inny klimat niż Kuta Lombok.
Więcej zieleni, wilgotniejszy las, pola ryżowe, wiejska codzienność i góra Rinjani w tle.
Tutaj człowiek trochę zwalnia.
Nie ma potrzeby ciągle gdzieś jechać. Czasami wystarczy ruszyć przed siebie i zobaczyć, co pojawi się po drodze.
No i udało się!
Spotkałem czarne małpki!
Jak to małpy, tylko czarne. 😂

Nie będę udawał, że nagle zaczęły ze mną rozmawiać o sensie życia albo zaprosiły mnie na kawę. Po prostu obserwowałem je w ich naturalnym otoczeniu i cieszyłem się, że udało mi się je zobaczyć.
Po trzech godzinach spaceru wróciłem do swoich codziennych spraw.
Fryzjer.
Siłownia.
Obiad.
A później publikacja kolejnego artykułu na LinkedIn dotyczącego C.U.D. Experience.
Projekt rozwija się krok po kroku, ale jak to zwykle bywa przy tworzeniu czegoś własnego, cały czas pojawiają się kolejne pytania.
Tym razem zastanawiałem się, jak najlepiej rozwiązać kwestię płatności dla uczestników.
Chcę, żeby cały proces był możliwie prosty i wygodny, a jednocześnie bezpieczny i profesjonalny.
Bo organizowanie doświadczeń dla gości to nie tylko wybór pięknej willi, restauracji czy atrakcji.
To również cała niewidoczna część pracy: systemy płatności, komunikacja, dokumenty, logistyka i dziesiątki szczegółów, które muszą działać, zanim pierwszy uczestnik w ogóle pojawi się na miejscu.
I właśnie nad tym teraz pracuję.
Powoli, ale do przodu.
SOBOTA — Chwila oddechu przed powrotem.
Sobota była spokojniejsza.
Wiedziałem już, że następnego dnia wracam do Kuta Lombok, więc nie planowałem żadnych większych wypraw.
Zamiast tego przygotowywałem materiały wideo do kolejnych rolek.
Przeglądanie nagrań, wybieranie ujęć, sprawdzanie, co można połączyć w ciekawą historię.
Czasami z kilkudziesięciu krótkich filmów trzeba stworzyć jedną rolkę, która w kilkanaście sekund pokaże atmosferę miejsca, emocje i to, co chciałbym przekazać.
Niby prosta sprawa.
Ale zanim powstanie gotowy materiał, trochę czasu mija. 😂
Pomiędzy tym wszystkim znalazłem też chwilę na relaks.
Bez presji, że muszę koniecznie zobaczyć jeszcze jeden wodospad albo odkryć kolejną atrakcję.
Bo przecież nie o to chodzi, żeby podróżować na wyścigi.
Nie muszę zobaczyć wszystkiego. Wolę naprawdę przeżyć to, co mam przed sobą.
Wieczorem odpoczynek i spać.
Jutro znowu skuter! Jupiii! 🙂

NIEDZIELA — Powrót do Kuta Lombok i restauracja, w której nie chce się kończyć posiłku.
Pobudka o szóstej rano.
Szybkie przygotowanie i ruszam w drogę na skuterze.
Wolę wyjeżdżać wcześnie, szczególnie na Lombok, gdzie później potrafi być naprawdę gorąco.
Poranna jazda ma swój urok. Drogi są spokojniejsze, słońce nie zdążyło jeszcze rozgrzać wszystkiego do granic możliwości, a człowiek może cieszyć się trasą zamiast walczyć z upałem.
Po około dwóch godzinach dotarłem do Kuta Lombok.
Zameldowałem się na jedną noc w Lega-Leha, zostawiłem rzeczy i ruszyłem na plażę.
Po kilku dniach w zielonym Tetebatu powrót nad ocean był bardzo przyjemny.
Trochę odpoczynku, trochę plażowania, a później przyszedł czas na jeden z najważniejszych punktów programu.
Jedzenie! 😂 Codium — kulinarna niespodzianka
Wybrałem się do Codium, restauracji w okolicach Kuta Lombok, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Jedzenie było tak dobre, że miałem ochotę zatrzymać czas.
Wiecie, kiedy dostajecie danie, próbujecie pierwszego kęsa i od razu wiecie, że będzie dobrze?
A potem jecie powoli, żeby ten posiłek trwał jak najdłużej?
Właśnie tak było tutaj.
Smaki, sposób podania, dbałość o szczegóły — wszystko sprawiało, że miałem wrażenie, jakbym jadł w restauracji z gwiazdką Michelin.
Nie twierdzę, że restauracja ma taką gwiazdkę. Chodzi mi o moje osobiste odczucia i poziom kulinarnego doświadczenia.
Niebo w gębie! 🤤
I właśnie dlatego chcę Wam polecić to miejsce.
Jeżeli będziecie kiedyś w Kuta Lombok, zapiszcie sobie nazwę Codium.
Naprawdę warto.
Nie ma za co! Hehe. 😉
Po powrocie ostatnie pakowanie.
Sprawdzenie wszystkich rzeczy, dokumentów i bagażu.
Zdanie skutera, który przez ostatnie tygodnie był moim niezawodnym kompanem w odkrywaniu Lombok.
I tak zakończył się kolejny etap podróży.
Tetebatu, pola ryżowe, ukryte wodospady, czarne małpki, lokalne jedzenie, nowe historie i chwile, które zostaną ze mną na długo.
Jutro lot do Denpasar, a później kolejny kierunek.
Chiang Mai — nadchodzę! ✈️

PODSUMOWANIE TYGODNIA 36 – Życie dzieje się teraz…chyba 😉
Kiedy patrzę na ten tydzień, widzę kilka zupełnie różnych światów.
Z jednej strony pola ryżowe i wodospady Tetebatu, gdzie można iść przed siebie i przez chwilę nie myśleć o niczym.
Z drugiej — praca nad MyDriverBali.com, C.U.D. Experience, publikowanie artykułów i planowanie kolejnych projektów.
Było też coś, co szczególnie mnie cieszy: kolejna historia w „Odcieniach Ludzkiego Życia”.
Historia Dayu przypomniała mi, dlaczego tak bardzo lubię poznawać ludzi i słuchać ich opowieści.
Każdy z nas ma własną drogę.
Niektórzy mierzą się z trudnościami, o których nie mamy pojęcia. Inni szukają odwagi, żeby zacząć od nowa. Jeszcze inni próbują po prostu znaleźć trochę spokoju i szczęścia w codzienności.
I może właśnie dlatego warto ze sobą rozmawiać.
Nie tylko po to, żeby opowiadać o sobie, ale również po to, żeby naprawdę słuchać.
A podczas porannego spaceru wśród pól ryżowych wróciła do mnie jeszcze jedna myśl.
Nie odkładajmy całego życia na później.
Nie musimy mieć wszystkiego poukładanego.
Nie musimy znać wszystkich odpowiedzi.
Nie musimy od razu spełnić każdego marzenia.
Ale możemy zrobić pierwszy krok.
Zadzwonić do kogoś, za kim tęsknimy.
Zacząć projekt, o którym myślimy od miesięcy.
Pojechać w miejsce, które od dawna nas ciekawi.
Znaleźć czas na odpoczynek.
Albo po prostu wyjść rano na spacer i zauważyć, jak piękny potrafi być świat.
Bo ostatecznie nie chodzi wyłącznie o to, ile miejsc zobaczymy ani ile rzeczy osiągniemy.
Chodzi również o to, jak przeżyjemy czas, który mamy.
I jeśli ten tydzień czegoś mnie nauczył, to właśnie tego, że szczęście nie zawsze wymaga wielkich wydarzeń.
Czasami wystarczy piękny poranek, dobra rozmowa, pyszny posiłek i świadomość, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie chcemy być.
Przynajmniej przez tę jedną chwilę.
A jutro?
Jutro kolejna podróż.I kolejna historia do opowiedzenia.
