TYDZIEŃ 35 PODRÓŻY –Lombok – Kuta, Tetebatu. 28 września – 4 października 2026
„Czasami nowe miejsce zaczyna się od… za słabego ciśnienia wody 😂”
Kuta Lombok coraz bardziej zaczyna mi się podobać.
I to nie tylko dlatego, że są tutaj piękne plaże, mniej ludzi, brak wielkich korków i można bez problemu wskoczyć na skuter i pojechać przed siebie. Zaczynam powoli myśleć, że Kuta Lombok mogłaby być miejscem, w którym zatrzymam się na dłużej w przyszłym roku.
A skoro zaczynam już myśleć o kupowaniu ziemi i budowaniu domku, to chyba znak, że coś jest na rzeczy… 😂
Ale zanim zaczniemy projektować dom, trzeba było jeszcze przeżyć tydzień pełen pracy, Pilatesu, masażu, angielskiego, jazdy skuterem, kawy, dżungli i oczywiście… walki z prysznicem.
Bo podróże uczą.
Czasami życia.
Czasami cierpliwości.
A czasami tego, że ciśnienie wody jest jednak bardzo ważnym elementem luksusu. 😂


PONIEDZIAŁEK – Trochę pracy, trochę Pilatesu i… wiadomość z Indii
Poranek zaczął się spokojnie.
Śniadanko, trochę czasu dla siebie i później usiadłem do pracy nad kolejnym wpisem refleksyjnym do „Odcieni Ludzkiego Życia”.
Lubię te momenty, kiedy mogę na chwilę oderwać się od samego podróżowania i zastanowić się nad ludźmi, spotkaniami, wyborami i tym, co właściwie robimy z czasem, który mamy.
Bo podróżowanie to nie tylko miejsca.
To przede wszystkim ludzie i historie, które spotykamy po drodze.
Kolejny wpis możecie przeczytać TUTAJ.
I kiedy siedziałem nad tekstem, odezwała się do mnie firma z Indii zajmująca się obsługą pasażerów statków wycieczkowych.
Temat dotyczy potencjalnej współpracy z MyDriverBali.com przy obsłudze ich klientów, którzy przypływają do Indonezji.
No i proszę.
Człowiek siedzi sobie na Lombok, pisze artykuł o życiu, a tutaj nagle pojawia się mail z Indii dotyczący biznesu. 😂
Odpisałem, przedstawiłem kilka informacji i teraz pozostaje czekać.
Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Trzymajcie kciuki! 🤞
Po południu o 16:00 oczywiście Pilates Reformer w Panass.
Coraz bardziej podoba mi się ten mój rytm tutaj.
Praca → Pilates → jedzenie → odpoczynek.
Niby prosto.
A jednak właśnie takie proste rzeczy zaczynają mi coraz bardziej odpowiadać.
Kolacyjka i spać.
WTOREK – Skuter, plaże i trochę biznesu
Poranek rozpocząłem od jogi.
Potem śniadanko i… oczywiście skuter.
Bo skoro jestem na Lombok, to nie będę siedział w hotelu. 😂
Wsiadam na mojego NMAX-a i jadę zobaczyć kolejne plaże oraz okolice Kuty.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię ten sposób podróżowania.
Nie muszę niczego planować.
Nie muszę wiedzieć dokładnie, gdzie jadę.
Po prostu skręcam tam, gdzie wydaje mi się ciekawie.
Po drodze oczywiście trochę pracy.
Publikacja dla MyDriverBali.com, a pomiędzy kolejnymi zadaniami zacząłem również szukać firm, które mogłyby pomóc mi ogarnąć temat LLC w Wyoming.
Kolejny projekt.
Kolejna rzecz do sprawdzenia.
Kolejna zakładka otwarta w przeglądarce.
ADHD nie śpi. 😂
Do tego przygotowywałem materiały do kolejnej rolki.
I tak właśnie wygląda moje podróżowanie.
Trochę plaża.
Trochę skuter.
Trochę praca.
Trochę biznes.
Trochę „a może zrobię jeszcze to…”.
I nagle robi się wieczór.
ŚRODA – Trzy godziny w raju
Środa była zdecydowanie spokojniejsza.
I dobrze.
Czasami człowiek potrzebuje po prostu wyłączyć wszystkie zadania.
Dlatego tym razem zamiast kolejnych projektów zrobiłem sobie Rascal Spa.
Masaż.
Okład z aloe vera.
Facial.
W sumie około trzech godzin relaksu.
Czyli trzy godziny, podczas których nikt ode mnie niczego nie chciał, telefon mógł leżeć obok, a ja mogłem po prostu leżeć.
Raj. 😂
Po ostatnich tygodniach pracy, przeprowadzek, jazdy skuterem, Pilatesu i organizowania kolejnych projektów dokładnie tego potrzebowałem.
Wieczorem jednak wróciłem do mojego normalnego rytmu.
Lekcja angielskiego z Adą i Maksem.
I znowu było dużo śmiechu.
Uwielbiam te lekcje, bo coraz mniej przypominają klasyczne „lekcje angielskiego”.
To bardziej rozmowa, poznawanie siebie, żarty i wspólne spędzanie czasu.
A język przy okazji wchodzi do głowy. 😊

CZWARTEK – Kuta Lombok zaczyna mi chodzić po głowie…
Od rana Pilates.
Potem pożegnanie, posiłek i trochę odpoczynku przy basenie.
W międzyczasie opublikowałem kolejny wpis z serii „Odcienie Ludzkiego Życia”.
I właśnie tego dnia coraz mocniej zacząłem myśleć o Kucie Lombok.
Bo wiecie co?
Chyba naprawdę mógłbym tutaj pomieszkać dłużej.
Podoba mi się tutaj bardzo.
Nie ma takich korków jak na Bali.
Wszystko jest stosunkowo blisko.
Mam Pilates.
Mam siłownie.
Mam plaże.
Mam skuter.
Mam restauracje.
Mam przestrzeń.
I przede wszystkim mam tutaj znacznie więcej spokoju.
Coraz więcej nomadów, których wcześniej spotykałem na Bali, również przenosi się tutaj.
I rozumiem dlaczego.
Lombok jest jeszcze zdecydowanie mniej intensywny niż Bali.
Ale oczywiście rozwój już tutaj przyspiesza.
I ceny ziemi również zaczynają to pokazywać.
Znalazłem działkę około 200 m², która bardzo mi się podobała.
Cena?
Około 200 tysięcy PLN.
No cóż…
Lombok przestaje być tajemnicą. 😂
Jeszcze kilka lat temu wiele miejsc tutaj było praktycznie poza turystycznym radarem.
Dzisiaj coraz więcej osób widzi potencjał tego regionu.
I chyba dlatego coraz częściej przechodzi mi przez głowę:
„A może kiedyś mały domek właśnie tutaj?”
Na razie jednak muszę odłożyć ten pomysł.
Najpierw trzeba zgromadzić odpowiednie środki.
Ale…
będę miał to miejsce na oku. 😉
Wieczorem kolacja i pakowanie.
Bo rano ruszam do Tetebatu.
Około dwóch godzin na skuterze.
I jak już wiecie…
uwielbiam to.

PIĄTEK – Dwie godziny przez Lombok i domek w dżungli
Rano śniadanko.
Ostatnie sprawdzenie bagażu.
Pakowanie na lekko, bo w Tetebatu zostaję tylko około 10 dni.
I ruszam.
Pierwsza godzina jazdy?
Gorąco jak w piekle.
😂
Naprawdę miałem wrażenie, jakby ktoś jechał obok mnie i opalał mnie palnikiem.
Trochę jak pustynia.
Zero żartów.
Ale z czasem zaczęło robić się coraz przyjemniej.
Droga była spokojna, a krajobraz stopniowo się zmieniał.
Po około dwóch godzinach dotarłem do Tetebatu.
I tutaj pojawiła się pierwsza niespodzianka.
Okazało się, że domek, który zarezerwowałem, to…
niby nie ten domek.
😂
Właściciel powiedział, że ma dwie nieruchomości.
Ta, którą początkowo chciałem, była zajęta jeszcze przez dwa dni.
A ja zostałem skierowany do drugiej.
Gdzie?
Gdzieś w dżungli.
No dobrze.
Dżungla brzmi fajnie.
Domek w dżungli brzmi jeszcze fajniej.
Tylko że…
prysznic już trochę mniej.
😂
Woda leciała z niego tak, jakby miała własne plany na życie.
Czyli:
„Może polecę.
Może nie polecę.
Zobaczymy.”
A ja nie znoszę słabego ciśnienia wody.
Naprawdę.
Możecie mieć piękny widok, dżunglę, ciszę, śpiew ptaków…
Ale jeżeli spod prysznica leci coś, co przypomina bardziej pojedyncze krople deszczu niż wodę, to moja cierpliwość szybko się kończy. 😂
Zobaczcie sami, jakie było ciśnienie wody… porażka.
Mimo wszystko postanowiłem nie dramatyzować.
W końcu jestem w Tetebatu.
Po południu wrzuciłem również wpis na LinkedIn dotyczący C.U.D. Experience.
A wieczorem poszedłem coś zjeść do Cosy Restaurant Tetebatu.
I tutaj kolejne zaskoczenie.
Byłem nastawiony trochę sceptycznie.
A jedzenie?
Oj… bardzo dobre.
Naprawdę.
Czasami restauracja z zewnątrz nie robi wielkiego „wow”, człowiek siada trochę bez przekonania, a później dostaje jedzenie i myśli:
„Okej. To było zdecydowanie lepsze, niż się spodziewałem.” 😄
Wieczorem jeszcze lekcja angielskiego z Wiktorią i Matim.
Trochę śmiechu, trochę nauki i pora spać.
SOBOTA – Dżungla, lokalna siłownia i organizowanie życia
Rano śniadanko.
W dżungli.
Podstawowe.
Naleśniki i owoce.
I właśnie takie śniadania mają swój klimat.
Nie potrzeba pięciu rodzajów pieczywa, bufetu na 40 osób i kelnera stojącego obok.
Czasami wystarczy talerz naleśników, owoce i dżungla dookoła.
Później zacząłem poznawać okolicę.
Znalazłem lokalną siłownię.
Namierzyłem fryzjera.
Znalazłem miejsce na manicure.
I oczywiście od razu poumawiałem wszystko na kolejny tydzień. 😂
Bo skoro już gdzieś jestem, to trzeba wiedzieć:
gdzie ćwiczyć, gdzie się ostrzyc, gdzie zrobić paznokcie, gdzie zjeść i gdzie jest dobra kawa.
Chociaż z tą kawą u mnie różnie, bo jak wiecie, nie jestem wielkim fanem kawy.
Pokreciłem się trochę po okolicy, żeby zobaczyć co i jak.
Coraz bardziej zaczynałem poznawać Tetebatu.
Wieczorem kolacja i lekcja angielskiego z braćmi.
A później spać.
Bo wiedziałem, że niedziela oznacza przeprowadzkę.
Na szczęście do lepszego miejsca.
I — co najważniejsze — z normalnym ciśnieniem wody. 😂

NIEDZIELA – Kawa z Sapit i okolice Rinjani
Rano wrzuciłem kolejny wpis:
Tydzień 34 podróży.
Możecie przeczytać go TUTAJ. 😉
A później ruszyłem w stronę Sapit, w okolice góry Rinjani.
Cel był prosty:
plantacja kawy i zakup lokalnej kawy.
Sama podróż była bardzo przyjemna.
Sapit to kolejny przykład miejsca, gdzie poza samą przyrodą i lokalnym życiem nie ma jakiejś wielkiej listy atrakcji.
I wiecie co?
Właśnie to czasami jest fajne.
Wioska.
Ludzie.
Plantacje.
Góra Rinjani w tle.
Kilku turystów jadących dalej na trekking.
I właściwie tyle.
😂
Nie ma galerii handlowej.
Nie ma pięciu Starbucksów.
Nie ma kolejki do „najbardziej instagramowego miejsca”.
Jest kawa.
Jest natura.
Jest lokalne życie.
I spokój.
A kawa?
Przepyszna.
I tutaj pojawia się pewna ironia.
Ja naprawdę nie jestem wielkim zwolennikiem kawy.
A ta mi smakowała.
Może dlatego, że wiedziałem, skąd pochodzi.
Może dlatego, że była świeża.
A może po prostu dlatego, że wypiłem ją w miejscu, w którym została wyprodukowana.
Czasami smak jest związany nie tylko z samym jedzeniem.
Ale również z miejscem.
Z ludźmi.
Z historią.
Z doświadczeniem.
Po powrocie posiłek i przeprowadzka do nowego miejsca.
I tutaj…
woda działała normalnie.
😂
Nie wiecie nawet, jak bardzo człowiek potrafi docenić zwykły prysznic, kiedy wcześniej przez dwa dni walczył z pojedynczymi kroplami.


PODSUMOWANIE TYGODNIA 35 – Coraz bardziej widzę siebie na Lombok
To był spokojniejszy tydzień.
Dużo pracy, ale również dużo odpoczynku.
Pilates.
Yoga.
Skuter.
Plaże.
Spa.
Lekcje angielskiego.
C.U.D. Experience.
MyDriverBali.com.
Odcienie Ludzkiego Życia.
Tetebatu.
Sapit.
Dżungla.
Kawa.
I oczywiście niezapomniana walka z prysznicem. 😂
Ale chyba najważniejsza rzecz wydarzyła się gdzieś pomiędzy tym wszystkim.
Zacząłem coraz poważniej myśleć o Lombok jako miejscu, w którym mógłbym zatrzymać się na dłużej.
Nie wiem jeszcze, czy tak będzie.
Nie wiem, czy kupię tutaj kiedyś ziemię.
Nie wiem, czy rzeczywiście powstanie tutaj mój mały domek.
Na razie to tylko myśl.
Ale nauczyłem się już przez te wszystkie lata podróży, że niektóre miejsca po prostu zaczynają w człowieku zostawać.
I Kuta Lombok chyba właśnie zaczyna.
Może dlatego, że jest spokojniej.
Może dlatego, że nadal czuję tutaj przestrzeń.
A może dlatego, że po pięciu miesiącach Bali zacząłem potrzebować czegoś trochę innego.
Nie wiem.
Ale nie muszę tego wiedzieć już teraz.
Na razie jadę dalej.
Bo podróż jeszcze się nie kończy. 🌴
A przecież najlepsze historie często zaczynają się właśnie wtedy, kiedy człowiek jeszcze nie wie, dokąd go zaprowadzą.
