TYDZIEŃ 32 PODRÓŻY – Bali, 7–13 września 2026
„Pożegnania są trudne, kiedy miejsce staje się domem”
Są takie tygodnie w podróży, kiedy człowiek zaczyna sobie uświadamiać, że podróż to wcale nie tylko odwiedzane miejsca.
To przede wszystkim ludzie.
I chyba właśnie dlatego niektóre wyjazdy są trudniejsze od innych.
Ten tydzień na Bali był dla mnie trochę końcem pewnego etapu. Po prawie pięciu miesiącach przyszła pora, żeby spakować plecak, pożegnać moją balijską rodzinę i ruszyć dalej – tym razem ponownie w góry.
Ale zanim to nastąpiło, było jeszcze trochę codzienności, urodziny starego przyjaciela, ostatni Pilates, zakupy na rynku, grill, karaoke, dużo śmiechu… i oczywiście pakowanie na ostatnią chwilę. Bo przecież inaczej się nie da. 😂

PONIEDZIAŁEK – Pazury, pakowanie i powolne żegnanie się z Bali
Poranek jak zwykle.
Pobudka, stretching i spokojny start dnia.
A później… pedicure. 😂
Pazury były już tak długie, że zaczynałem się zastanawiać, czy przypadkiem nie powinienem zostać zapisany do kategorii „dzikie zwierzęta”.
Trzeba było coś z tym zrobić. Hehe.
Po pedicure wróciłem do pracy nad 31. tygodniem podróży. Kolejny wpis powoli się składał, zdjęcia, tekst, poprawki, wspomnienia…
Jeżeli jeszcze go nie czytaliście, możecie zrobić to TUTAJ.
I właśnie przy takich momentach człowiek zaczyna zauważać, jak szybko mijają kolejne tygodnie.
Jeszcze niedawno pisałem pierwszy wpis z Bali, a tutaj już Tydzień 31 i zaczynam pakować się na kolejny wyjazd.
Tym razem kierunek:
góry.
Powoli więc zacząłem ogarniać rzeczy.
Co zabrać?
Co zostawić?
Co jeszcze wyprać?
Co schowałem w miejscu, którego oczywiście później nie będę pamiętał?
Standardowe pytania przed każdą podróżą. 😂
Wieczorem kolacja i spać.
Jutro kolejny dzień.


WTOREK – Urodziny przyjaciela poznanego 10 lat temu
Poranek oczywiście bez większych zmian.
Stretching, śniadanie i potem praca.
Tym razem głównie nad MyDriverBali.com.
Ale nie mogłem całego dnia spędzić przed komputerem, bo popołudniu czekało mnie coś zdecydowanie przyjemniejszego.
Urodziny mojego koreańskiego kumpla Jaya.
I tutaj jest fajna historia.
Poznaliśmy się 10 lat temu w Japonii.
Minęła dekada.
Każdy z nas podróżował, mieszkał w różnych miejscach, miał swoje życie, pracę, projekty i kolejne przygody…
A mimo wszystko cały czas jesteśmy w kontakcie.
I właśnie takie znajomości są dla mnie jedną z najpiękniejszych rzeczy w podróżowaniu.
Czasami poznajesz kogoś przypadkiem.
Rozmawiacie kilka godzin.
Potem każdy jedzie w swoją stronę.
Mijają lata.
A kontakt nadal zostaje.
Jay to naprawdę świetny gość.
Przed urodzinami szybka wizyta u fryzjera, bo przecież człowiek nie może wyglądać jak Robinson Crusoe na urodzinach przyjaciela. 😂
O 18:30 spotkaliśmy się w japońskiej restauracji w Canggu, należącej do jednego z jego przyjaciół.
I było dokładnie tak, jak powinno być na urodzinach.
Dużo śmiechu.
Dużo rozmów.
Dużo jedzenia.
Dużo wspominania.
I przede wszystkim świetna atmosfera.
Później przenieśliśmy się do domu Jaya, gdzie impreza miała oczywiście swoją drugą część.
Bo przecież wiadomo…
Jeżeli urodziny kończą się o 21:00, to znaczy tylko tyle, że właściwa impreza dopiero się zaczyna. 😂
To był naprawdę super dzień.
I kolejny dowód na to, że czasami najcenniejszymi pamiątkami z podróży nie są zdjęcia miejsc.
Tylko ludzie, których poznaliśmy po drodze.

ŚRODA – Ostatni Pilates i pożegnalny grill z moją balijską rodziną
Środa zaczęła się trochę inaczej.
To był mój ostatni Pilates Reformer przed wyjazdem.
Ostatnia sesja.
Ostatnie ćwiczenia.
I świadomość, że przez jakiś czas nie będę już wpadał na te same zajęcia.
Po Pilatesie zakupy na lokalnym rynku, śniadanie i powrót do pracy.
Tym razem pracowałem nad kolejnymi materiałami do Odcieni Ludzkiego Życia.
Bo ta seria cały czas rośnie.
Coraz więcej historii.
Coraz więcej ludzi.
Coraz więcej rozmów, które pokazują, że niezależnie od tego, skąd jesteśmy, mamy ze sobą zdecydowanie więcej wspólnego, niż czasami nam się wydaje.
Ale wieczorem przyszedł czas na coś znacznie bardziej osobistego.
Pożegnalny grill u Donny i Srix.
I tutaj przyznam się bez bicia…
zrobiło mi się trochę smutno.
Spędziłem u nich praktycznie pięć miesięcy.
To już nie jest zwykłe miejsce, w którym człowiek wynajmuje pokój.
To staje się kawałkiem życia.
A Donny i Srix?
To moja balijska rodzina. ❤️
Do tego cała ich Crazy Monkey Family, razem z Donny Jr.
I właśnie dlatego to pożegnanie było trochę inne.
Było dużo jedzenia.
Naprawdę dużo.
Było mnóstwo ludzi.
Rozmowy.
Śmiech.
Karaoke.
I oczywiście sytuacje, w których człowiek zastanawia się, dlaczego po tylu latach nadal nie nauczył się śpiewać, ale mimo wszystko bierze mikrofon. 😂
Bawiliśmy się naprawdę świetnie.
I właśnie w takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć, czym jest dom.
Dom nie zawsze jest miejscem, do którego wracasz.
Czasami domem stają się ludzie, przy których możesz być po prostu sobą.
Donny, Srix, Donny Jr. i cała Crazy Monkey Family —
dziękuję Wam za wszystko. ❤️
Za te miesiące.
Za rozmowy.
Za jedzenie.
Za śmiech.
Za pomoc.
Za zwykłe, codzienne chwile.
I za to, że przez ten czas Bali było dla mnie czymś znacznie więcej niż tylko miejscem na mapie.

CZWARTEK – Do zobaczenia, Bali. Kierunek – góry
Czwartek.
Pobudka.
Szybkie śniadanie.
I nagle okazuje się, że nie ma już żadnego „później”.
Trzeba jechać.
Kierowca przyjechał rano.
Ostatnie rzeczy.
Ostatnie sprawdzenie pokoju.
Czy niczego nie zostawiłem?
Telefon?
Ładowarka?
Dokumenty?
Plecak?
Dobra.
Chyba wszystko.
I wtedy zaczęły się pożegnania.
Uściski.
Przytulanie.
„Do zobaczenia”.
„Uważaj na siebie”.
„Napisz”.
I ten moment, którego w podróży nigdy specjalnie nie lubię.
Bo człowiek wie, że jedzie dalej.
Wie, że będzie następne miejsce.
Nowi ludzie.
Nowe doświadczenia.
A jednak część niego zostaje tam, skąd właśnie wyjeżdża.
Dziękuję. Do zobaczenia. ❤️
I w drogę.
Droga zajęła około trzech godzin.
Ale tym razem sama podróż była już częścią przyjemności.
Widoki robiły się coraz piękniejsze.
Droga prowadziła coraz wyżej.
Bali znowu pokazywało swoje inne oblicze.
I w końcu…
Desa Kedis Durenne Retreat.
Mój górski azyl.
A właściwie coś więcej.
Moja druga rodzina na Bali. ❤️
I tutaj wydarzyło się coś, co bardzo lubię w prawdziwych relacjach.
Nie było żadnego wielkiego ceremoniału.
Żadnego:
„Welcome back, dear guest!”
Tylko…
uśmiechy.
Przytulanie.
Jedzenie.
Rozmowy.
I poczucie:
„Jesteś znowu u siebie.”
Usiedliśmy razem i rozmawialiśmy praktycznie do nocy.
I właśnie wtedy pomyślałem sobie, że może cała ta podróż po Azji od początku prowadzi mnie właśnie do takich momentów.
Nie do kolejnego zdjęcia.
Nie do kolejnego punktu na mapie.
Tylko do ludzi.


PIĄTEK, SOBOTA I NIEDZIELA – Nyepi, cisza i życie w rytmie gór
Kolejne dni były już zdecydowanie spokojniejsze.
W wiosce obchodzono Nyepi, dlatego życie zwolniło jeszcze bardziej.
I zanim ktoś pomyśli:
„Chwila, przecież Nyepi jest raz w roku?” —
tak.
Ogólnobalijskie Nyepi, czyli Balijski Dzień Ciszy, obchodzone jest raz w roku jako początek balijskiego roku Saka.
To wyjątkowy dzień.
Wyspa praktycznie się zatrzymuje.
Nie ma normalnego ruchu ulicznego, ogranicza się pracę i aktywności, a mieszkańcy pozostają w domach, poświęcając czas ciszy, refleksji i wyciszeniu.
Ale na Bali funkcjonuje również coś, co można określić jako lokalne, wspólnotowe Nyepi.
Poszczególne społeczności mogą ustanawiać własne dni ograniczeń i ciszy związane z lokalnymi tradycjami, ceremoniami czy życiem danej społeczności.
I właśnie z takim lokalnym Nyepi miałem do czynienia tutaj.
Przez dwa dni wszystko zwolniło.
I wiecie co?
Idealnie.
Bo po intensywnych miesiącach podróży czasami człowiek nawet nie wie, jak bardzo potrzebuje… nic nie robić.
Nie planować.
Nie organizować.
Nie pisać.
Nie odpowiadać.
Nie jechać.
Nie szukać kolejnej atrakcji.
Po prostu być.

DOMINO, KSIĄŻKA I DUŻO JEDZENIA
Dużo rozmawiałem.
Graliśmy w domino.
Czytałem.
A właściwie zacząłem czytać książkę, która bardzo mnie wciągnęła:
„Wędrówka dusz” – Michael Newton
I tutaj znowu pojawia się ten moment, kiedy podróż zaczyna działać trochę inaczej.
Bo kiedy człowiek jest cały czas w ruchu, jego głowa również cały czas pracuje.
Nowe miejsca.
Nowe osoby.
Nowe pomysły.
Projekty.
C.U.D.
MyDriverBali.
Odcienie Ludzkiego Życia.
Different Backgrounds. One Heart.
I gdzieś pomiędzy tym wszystkim ADHD oczywiście mówi:
„A może jeszcze zrobimy TO?” 😂
A tutaj nagle…
cisza.
Góry.
Książka.
Domino.
Rozmowy.
Jedzenie.
Sen.
I człowiek zaczyna słyszeć własne myśli trochę wyraźniej.
Jak zwykle w Desa Kedis Durenne Retreat jedzenie było przepyszne, które przygotowuje zawsze osobiście Dayu 🙂
Tutaj naprawdę można się wyspać.
I to nie jest takie zwykłe:
„Okej, spałem osiem godzin”.
Nie.
Tutaj człowiek zasypia i budzi się z poczuciem:
„O kurczę… chyba spałem jak dziecko.” 😂
Góry mają coś w sobie.
Powietrze.
Ciszę.
Temperaturę.
Tempo życia.
I przede wszystkim brak tego ciągłego poczucia, że trzeba gdzieś biec.
PODSUMOWANIE TYGODNIA 32
Tydzień 32 był dla mnie tygodniem pożegnań i powrotów.
Pożegnałem miejsce, które przez prawie pięć miesięcy było moim domem.
Pożegnałem ludzi, którzy stali się moją balijską rodziną.
Spotkałem przyjaciela, którego znam już od dziesięciu lat.
Pojechałem dalej.
I jednocześnie wróciłem do miejsca, które również stało się dla mnie domem.
Trochę paradoksalne, prawda?
Wyjeżdżasz, żeby podróżować, a po drodze znajdujesz coraz więcej miejsc, które możesz nazwać domem.
I chyba właśnie to jest jedna z najpiękniejszych rzeczy w podróżowaniu.
Dom nie musi mieć jednego adresu.
Czasami jest nim pokój.
Czasami góry.
Czasami ocean.
A czasami…
kilku szalonych ludzi, którzy robią grilla, śpiewają karaoke i sprawiają, że trudno się z nimi pożegnać. ❤️
Dziękuję Donny, Srix, Donny Jr. i całej Crazy Monkey Family.
Dziękuję za prawie pięć miesięcy.
A teraz?
Czas na góry.
I zobaczymy, co przyniesie kolejny tydzień. 🌴⛰️
Bo podróż trwa dalej.
