Tydzień 9 – Hoi An – przygotowania do Bali, poszukiwania willi i historia z kotem
📍 Hoi An
🗓 28 marca – 5 kwietnia
Tydzień 9 był… przejściem.
Między Wietnamem a Bali.
Między planowaniem a działaniem.
Między „jeszcze tutaj” a „już tam”.
Dużo rzeczy zaczęło się domykać.
I kilka… zupełnie niespodziewanie otworzyć.
Poranki w Hoi An

Poranki dalej miały swój rytm.
Śniadanie.
Świeże owoce.
Chwila spokoju.
A potem ruch.
3 razy aerial yoga.
2 razy orbitrek.
I… ostatni pilates.


Trochę szkoda.
Bo to było miejsce i ludzie, którzy naprawdę robili robotę.
Profesjonalnie.
Ale z luzem i humorem.
No ale… budżet to budżet 😄
Bali coraz bliżej – formalności

Ten tydzień to głównie ogarnianie życia przed wyjazdem na Bali.
Szukanie:
agencji wizowej
ubezpieczenia
kontaktów
Wysyłanie dokumentów.
Poprawki.
Dopytywanie.
I klasyczne:
czy wszystko na pewno jest dobrze?
Bo jak coś pójdzie nie tak… to już nie będzie „tu obok”.
Do tego lista rzeczy:
co zabrać
czego nie brać
co kupić na miejscu
Takie rzeczy, których nie widać na zdjęciach z podróży.
Ale bez których ta podróż by się nie wydarzyła.
Plaże w Hoi An – rzeczywistość vs Instagram

W tym tygodniu pojechałem też na plażę nagrać materiał.
I prawda jest taka:
te plaże nie są idealne.
Czasami wiatr.
Czasami fale.
Czasami śmieci.
Ale…
mają w sobie coś.
Autentyczność.
Spokój.
Przestrzeń.
I właśnie to chciałem pokazać.
Nie filtr.
Nie „perfect spot”.
Tylko prawdę.
Wille pod C.U.D. – coś ruszyło
W końcu coś drgnęło.
Zmieniłem podejście.
I zamiast szukać…
zacząłem być znajdowany.
Właściciele willi zaczęli sami się odzywać.
Proponować spotkania.
Rozmawiać.
I nagle okazało się, że:
może jednak nic nie jest stracone.
Willa, która ma „to coś”


Pod koniec tygodnia trafiłem na miejsce… inne niż wszystkie.
Willa, która:
ma przestrzeń
ma klimat
ma duszę
Duża wspólna jadalnia.
Otwarte przestrzenie na piętrze do rozmów.
Basen.
Architektura, która nie jest „kolejną willą z katalogu”.
I to uczucie:
„to może być to”.
Jeszcze kilka miejsc do sprawdzenia.
Ale…
Trzymajcie kciuki.
Werdykt w maju 🙂
Historia z kotem (prawie jak z filmu 😄)

W tym tygodniu wydarzyła się też historia… totalnie absurdalna.
Właścicielka willi przygarnęła małego kotka.
Wygląda jakby wyszła z Gry o Tron.
Szara.
Przenikliwe oczy.
Mała, ale z charakterem.
Rano widziałem ją w ogrodzie.
Potem wyszła poza posesję.
Jakiś gość się z nią bawił.
Wracam później…
a tu akcja jak z filmu:
„Nie ma kota.”
Poszukiwania.
Stres.
Pytania.
Opisałem gościa.
Właścicielka:
„to chyba ten dziwny sąsiad…”
I co?
Po jakimś czasie typ przywozi kota.
Tłumaczy się, że „sam przyszedł”.
Szczerze?
Wyglądał jakby zjadał koty na śniadanie 😅
Na szczęście:
Kotka wróciła cała i zdrowa.
Ale przez kilka dni była tak wystraszona,
że nawet nie wychodziła z posesji.
Niedziela – reset

Na koniec tygodnia klasyka:
masaż całego ciała.
- sprawdzenie kolejnego miejsca pod C.U.D.
Dam znać, czy było warte uwagi.
Głowa już na Bali
Coraz częściej łapię się na tym,
że myślami jestem już tam.
Co będę robił.
Gdzie trenował.
Jak będzie wyglądać życie.
Szukam:
pilates
yoga
siłownia
miejsca
I szczerze?
Już nie mogę się doczekać.
Czasami podróż to moment pomiędzy
Ten tydzień to nie były wodospady.
Nie były spektakularne widoki.
To był tydzień:
zamykania jednego etapu
i przygotowania do kolejnego
I dokładnie tak wygląda prawdziwa podróż.
