Tydzień 21 podróży: Między spokojem gór, dziwnymi spotkaniami i powrotem do siebie
📍 Lempuyang • Amed
🗓 22–28 czerwca
Od początku mojego pobytu na Bali wiele osób powtarzało mi jedno.
„Koniecznie pojedź na wschód wyspy.”
„Tam energia jest zupełnie inna.”
„To najbardziej uduchowiona część Bali.”
„Uważaj… tam spotkasz zarówno dobrych, jak i złych szamanów.”
Nie ukrywam.
Brzmiało to trochę jak scenariusz filmu.
Ale od zawsze wierzyłem w takie historie i byłem ich ciekaw.
Lubię poznawać nowe kultury.
Lubię słuchać ludzi.
Ale zawsze staram się patrzeć na świat z dystansem, chociaż nie zawsze mi to wychodzi, hehe.
Dopiero podczas tego wyjazdu zacząłem rozumieć, dlaczego tak wiele osób mówi o wschodnim Bali w wyjątkowy sposób.
Nie wiem, czy to było zmęczenie.
Nie wiem, czy energia miejsca.
Nie wiem, czy zwykły zbieg okoliczności.
Ale przez większość tego tygodnia czułem się inaczej.
Spałem gorzej.
Byłem bardziej pobudzony.
Momentami niespokojny i rozdrażniony.
A jednocześnie ten wyjazd przyniósł kilka bardzo ciekawych spotkań, kolejne rozmowy dotyczące C.U.D. Retreat oraz przypomniał mi coś bardzo ważnego.
Nie każda droga, która wygląda na duchową, prowadzi we właściwym kierunku.



Poniedziałek — pierwsze spotkanie i pierwsze wątpliwości
Noc po przyjeździe do Lempuyang nie należała do najlepszych.
Spałem na raty.
Budziłem się kilka razy.
Kręciłem się z boku na bok.
Sam nie wiem dlaczego.
Może nowe miejsce.
Może emocje.
A może po prostu zbyt wiele myśli.
Od rana zrobiłem krótką yogę.
Zjadłem śniadanie.
I ruszyłem na umówione wcześniej spotkanie dotyczące potencjalnej lokalizacji pod C.U.D. Retreat 2027.
Na miejscu przywitała mnie managerka.
Bardzo pozytywna osoba.
Najbardziej rozbawiło ją to, że przyjechałem… skuterem.
Spytała, gdzie zostawiłem prywatnego kierowcę.
Odpowiedziałem tylko:
– Nie mam kierowcy.
Uwielbiam podróżować skuterem.
To daje mi poczucie wolności.
I chyba trochę ją tym zaskoczyłem. 😂
Samo miejsce?
Naprawdę piękne.
Nowoczesna architektura.
Przestronne wille.
Idealnie utrzymany ogród.
Basen.
I widoki…
Pola ryżowe.
Góry.
Cisza.
Było naprawdę wyjątkowo.
Im dłużej rozmawialiśmy, tym bardziej zaczynałem dostrzegać potencjał tego miejsca.
Jednocześnie cały czas miałem w głowie swoją wizję.
Część obiektu była ogólnodostępna.
Wille posiadały po cztery sypialnie i nie znajdowały się obok siebie.
Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że to nie będzie odpowiednie miejsce.
Managerka jednak zaproponowała zupełnie inne rozwiązanie organizacyjne.
Bardzo ciekawe.
Takie, którego wcześniej nie brałem pod uwagę.
Dlatego…
nie mówię jeszcze „nie”.
Po spotkaniu byłem tak głodny, że pierwszym przystankiem był obiad. 😂
Po powrocie do hotelu chwilę odpocząłem.
Później znalazłem lokalną siłownię.
I chyba miałem tego dnia dzień konia.
Dałem sobie taki trening, że już podczas ostatnich ćwiczeń wiedziałem, iż następnego dnia będę cierpiał.
No ale…
ADHD czasami wygrywa z rozsądkiem. 😂
Wieczorem popływałem jeszcze w basenie.
Poszedłem na kolację.
I wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałem.
Właściciel hotelu przedstawił mnie pewnemu Austriakowi.
Wspomniałem wcześniej, że szukam lokalnego Baliana.
Balian to tradycyjny balijski uzdrowiciel i przewodnik duchowy.
Łączy wiedzę o medycynie naturalnej, ziołach, modlitwach oraz lokalnych rytuałach.
Wielu mieszkańców odwiedza Baliana nie tylko z powodów zdrowotnych, ale również po duchowe wskazówki czy błogosławieństwo.
Początek rozmowy był naprawdę ciekawy.
Mężczyzna miał około pięćdziesięciu kilku lat.
Opowiadał o swoich wyjazdach.
Twierdził, że organizuje bardzo ekskluzywne retreaty dla maksymalnie dwóch osób.
Cena?
Sto tysięcy dolarów za dziesięć dni.
Brzmiało to tak abstrakcyjnie, że aż trudno było uwierzyć.
Wyjaśnił jednak, że zatrudnia najlepszych specjalistów, aktorów i terapeutów z różnych dziedzin.
Tworzy doświadczenia przypominające wyreżyserowany film.
Słuchałem z zaciekawieniem.
Po chwili dołączyły do nas dwie kobiety z Afryki.
Rozmowa zaczęła stopniowo zmieniać kierunek.
Coraz bardziej analizował moje życie.
Zadawał bardzo osobiste pytania.
Aż w końcu spojrzał na mnie i powiedział:
– Wiem, czego potrzebujesz.
Masz za dużo bodźców.
Mam rozwiązanie.
Nie będę ukrywał.
Byłem ciekawy, co usłyszę.
Odpowiedź kompletnie mnie zaskoczyła.
Zapowiedział rytuał seksualny na pobliskim cmentarzu, który – według niego – miał prowadzić do uwolnienia emocji.
W tym momencie poczułem ogromny dyskomfort.
To nie miało nic wspólnego z wartościami, które są dla mnie ważne.
Grzecznie podziękowałem.
Powiedziałem, że rano wyjeżdżam.
Pożegnałem się.
I wróciłem do pokoju.
Leżąc już w łóżku długo myślałem o tej rozmowie.
Zrozumiałem wtedy coś bardzo ważnego.
Nie wszystko, co ktoś nazywa rozwojem duchowym, rzeczywiście nim jest.
Prawdziwy rozwój nie powinien zmuszać człowieka do przekraczania własnych granic.
A już na pewno nie tych, które wynikają z własnych wartości. Krótko mówiąc: czubków nie brakuje, hehe.


Wtorek — droga do Amed
Tej nocy praktycznie nie spałem.
Nie wiem, czy to przez rozmowę.
Czy przez atmosferę miejsca.
A może po prostu mózg nie potrafił się wyciszyć.
Plan zakładał pobudkę o czwartej rano.
Oczywiście…
zaspałem. 😂
Ruszyłem trochę później.
Wybrałem trasę prowadzącą wzdłuż wybrzeża.
Dłuższą.
Ale zdecydowanie piękniejszą.
To była jedna z tych dróg, dla których warto podróżować skuterem.
Morze.
Małe wioski.
Tarasy ryżowe.
Góry.
Co chwilę miałem ochotę zatrzymać się i zrobić zdjęcie.
Niestety w pewnym momencie ruch praktycznie stanął.
Po ostatnich opadach część skał osunęła się na drogę.
Samochody i skutery przejeżdżały bardzo powoli.
Ostatecznie do Amed dotarłem po ponad trzech godzinach.
Najpierw obiad.
Później krótki spacer po okolicy.
A następnie…
drzemka. 😂
Spałem chyba dwie godziny.
Organizm wyraźnie dawał znać, że potrzebuje odpoczynku.
Wieczorem opublikowałem materiały dla MyDriverBali.com.
Jak co wtorek.
Poszedłem jeszcze coś zjeść.
Zrobiłem krótką yogę.
I położyłem się wcześniej spać.
Następnego dnia czekało mnie kolejne spotkanie dotyczące C.U.D.
Środa — miejsce z potencjałem
Obudziłem się po siódmej.
Krótki stretching.
Prysznic.
Śniadanie.
I ruszyłem na spotkanie z Danielem.
Już po kilku minutach rozmowy wiedziałem, że będzie to bardzo ciekawe spotkanie.
Okazało się, że jego dziadkowie pochodzili z Polski.
On sam wychował się w Wielkiej Brytanii.
Rozmowa od początku płynęła bardzo naturalnie.
Spacerując po obiekcie, opowiadał historię całego miejsca.
Resort powstał zaledwie rok wcześniej.
Część willi nadal była wykańczana.
Ale już teraz robił ogromne wrażenie.
Piękne wnętrza.
Nowoczesna architektura.
Widok na tarasy ryżowe i góry.
Ocean praktycznie na wyciągnięcie ręki.
Słuchałem.
Notowałem.
Zadawałem kolejne pytania.
I w głowie zaczynały pojawiać się kolejne pomysły.
Po spotkaniu Daniel obiecał, że w połowie lipca prześle mi komplet materiałów i zdjęć.
Nie ukrywam.
To miejsce bardzo mnie zainspirowało.
Po powrocie do hotelu popływałem chwilę w basenie.
Odpisałem na kilka maili.
Poszedłem na obiad.
I postanowiłem…
nic nie robić.
Pierwszy raz od dawna organizm naprawdę domagał się odpoczynku.
Nie wiedziałem, czy to efekt długiej jazdy skuterem.
Czy niewyspania.
Czy po prostu intensywnych ostatnich tygodni.
Wieczorem obejrzałem odcinek serialu.
Zjadłem kolację.
I poszedłem spać z nadzieją, że kolejnego dnia wróci energia.


Czwartek — chwila dla siebie i wiadomości, których nikt nie chce usłyszeć
Czwartek zaplanowałem spokojniej.
Rano odwiedziłem salon masażu.
Później barbera.
Po kilku dniach na skuterze taki reset był naprawdę potrzebny.
Po południu zacząłem przygotowywać się do powrotu.
Plan był prosty.
Wyjazd nad ranem.
Tak, żeby uniknąć największego ruchu.
I właśnie wtedy przyszły wiadomości, które całkowicie zmieniły mój nastrój.
Donny napisał, że Srix trafiła do szpitala.
Kilka minut później dostałem telefon z Polski.
Dowiedziałem się, że bliska mi osoba zmaga się z nowotworem.
Przez chwilę po prostu siedziałem.
Patrzyłem przed siebie.
I wróciły wspomnienia.
Moja własna walka z rakiem.
Strach.
Niepewność.
Szpitale.
Badania.
Cały ten etap życia, który wydawało mi się, że zostawiłem już daleko za sobą.
To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek przypomina sobie, że życie ma naprawdę wszystkie odcienie.
Szczęście.
Radość.
Ekscytację.
Ale również smutek.
Bezsilność.
I troskę o tych, których kochamy.
Tej nocy znowu spałem bardzo słabo.
Coraz bardziej czułem, że wschodnie Bali, mimo swojego piękna, nie jest miejscem, z którym rezonuję.
Nie potrafię tego logicznie wyjaśnić.
Po prostu tak czułem.
Piątek — powrót, deszcz i wdzięczność za… kurtkę za 25 zł 😂
Pobudka zaplanowana była na 4:00.
Tym razem nie chciałem ryzykować.
Po kilku niespokojnych nocach najbardziej marzyłem już o powrocie do domu.
Około 4:30 wyruszyłem z Amed.
Na początku droga była spokojna.
Jeszcze ciemno.
Puste ulice.
Tylko ja, skuter i odgłos silnika.
Uwielbiam takie poranki.
Świat dopiero się budzi.
A człowiek ma wrażenie, że przez chwilę należy tylko do niego.
Po około godzinie jazdy niebo zrobiło się zupełnie czarne.
Kilka minut później lunęło.
I to porządnie.
Na szczęście od dawna wożę ze sobą przeciwdeszczową kurtkę kupioną jeszcze w Wietnamie.
Kosztowała jakieś dwadzieścia pięć złotych.
Wygląda może niezbyt spektakularnie.
Ale działa lepiej niż niejedna markowa kurtka za kilka tysięcy.
Czasami naprawdę warto przypomnieć sobie, że cena nie zawsze idzie w parze z jakością. 😂, brzmi głupio, ale tak właśnie jest w tym przypadku.
Deszcz towarzyszył mi przez sporą część drogi.
Na szczęście ruch był niewielki.
Do okolic Tanah Lot dotarłem około ósmej rano.
Jak na ponad trzy i pół godziny jazdy skuterem, naprawdę niezły wynik.
Pierwsze, o czym pomyślałem?
Śniadanie.
Dopiero później wróciłem do Pomelo Travel Outpost Bali – gdzie mieszkam.
Donny od razu zapytał, jak minęła podróż.
Ja z kolei chciałem wiedzieć tylko jedno.
Jak czuje się Srix.
Na szczęście było już trochę lepiej.
To była dobra wiadomość.
Po prysznicu organizm powiedział tylko jedno.
„Koniec.”
Położyłem się na chwilę.
Obudziłem…
cztery godziny później. 😂
Dawno nie byłem aż tak zmęczony.
Wieczorem pojechałem coś zjeść.
Poczytałem książkę.
I tym razem nawet nie zrobiłem yogi.
Pierwszy raz od bardzo dawna.
Po prostu zabrakło sił.
Czasami najlepszą regeneracją jest zwykły sen.
I chyba właśnie tego najbardziej potrzebowałem.
Sobota — dom to nie zawsze miejsce
Po długim śnie obudziłem się zupełnie innym człowiekiem.
Pierwszy raz od kilku dni poczułem prawdziwy spokój.
Jakby cały niepokój został gdzieś za mną.
Zrobiłem poranny stretching.
Zjadłem śniadanie.
I zacząłem pisać kolejny tydzień podróży.
Lubię ten moment.
Kiedy mogę jeszcze raz przeżyć wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie dni.
Spojrzeć na wydarzenia z dystansu.
Wyciągnąć wnioski.
Później pojechałem na siłownię.
Organizm wrócił do normalności.
Energia również.
Po treningu obiad.
A wieczorem tradycyjnie spacer nad oceanem.
Siedziałem chwilę na plaży i patrzyłem na fale.
Zastanawiałem się, dlaczego podczas pobytu we wschodnim Bali przez większość czasu czułem niepokój.
Może to zwykłe zmęczenie.
Może emocje związane z wiadomościami z Polski.
A może rzeczywiście nie każde miejsce pasuje każdemu człowiekowi.
Nie wiem.
I chyba nie muszę znać odpowiedzi.
Najważniejsze, że po powrocie znowu poczułem siebie.
Wieczorem przeczytałem jeszcze kilka rozdziałów książki.
I zasnąłem niemal natychmiast.


Niedziela — wszystko wróciło na swoje miejsce
Niedzielny poranek wyglądał zupełnie inaczej niż poprzednie dni.
Obudziłem się wypoczęty.
Pełen energii.
Pełen spokoju.
To było bardzo dziwne uczucie.
Jakby ktoś w ciągu jednej nocy wyłączył wszystkie niepotrzebne bodźce.
Poranny stretching.
Śniadanie.
Pisanie dziennika podróży.
Później kolejny posiłek.
Siłownia.
Obiad.
A wieczorem…
oczywiście ocean.
To miejsce od miesięcy stało się moją przestrzenią do rozmowy z samym sobą.
Nie potrzebuję tam muzyki.
Nie potrzebuję telefonu.
Wystarczą fale.
Wiatr.
I kilka spokojnych oddechów.
Po powrocie usiadłem jeszcze z książką.
I uświadomiłem sobie jedną rzecz.
Każdy wyjazd czegoś mnie uczy.
Nie zawsze są to wielkie lekcje.
Czasami są bardzo subtelne.
Takie, które rozumiemy dopiero po powrocie.
Ten tydzień właśnie taki był.
Nie przywiozłem z niego spektakularnych zdjęć.
Nie zdobyłem najwyższego szczytu.
Nie wydarzyło się nic, co mogłoby trafić na pierwsze strony gazet.
Za to wróciłem bogatszy o kolejne doświadczenia.
Nowych ludzi.
Nowe rozmowy.
I jeszcze większą pewność, że projekt C.U.D. powinien wyglądać dokładnie tak, jak go sobie wymarzyłem.
Bez udawania.
Bez sztucznie tworzonych emocji.
Bez spektaklu.
Za to z autentycznymi ludźmi.
Prawdziwymi historiami.
I przestrzenią, w której każdy może po prostu być sobą.
ZAKOŃCZENIE
Tydzień 21 był pełen kontrastów.
Z jednej strony zachwycające krajobrazy Lempuyang i Amed.
Spotkania dotyczące przyszłych retreatów.
Inspirujące rozmowy.
Z drugiej…
Bezsenne noce.
Niepokój.
Dziwne spotkania.
Smutne wiadomości z domu.
I przypomnienie, jak kruche potrafi być życie.
Paradoksalnie to właśnie ten wyjazd jeszcze mocniej utwierdził mnie w przekonaniu, że chcę tworzyć miejsca oparte na autentyczności.
Nie na iluzji.
Nie na wielkich obietnicach.
Nie na spektakularnych pokazach duchowości. Chociaż jakiś szaman by nie zaszkodził 😉
Tylko na prawdziwych relacjach.
Bo wierzę, że największe zmiany nie rodzą się podczas jednego magicznego rytuału.
Rodzą się podczas zwykłej rozmowy.
Spaceru.
Wspólnego posiłku.
Śmiechu.
Albo chwili ciszy.
I chyba właśnie dlatego coraz bardziej wierzę, że Different Backgrounds. One Heart. to nie jest tylko projekt.
To sposób patrzenia na ludzi.
I na świat.
A ja…
po raz kolejny wróciłem z podróży trochę bogatszy.
Nie o kolejne rzeczy.
Ale o kolejne doświadczenia.
I właśnie za to najbardziej kocham podróżowanie. ❤️
„Bo podróże nie zmieniają świata.
Zmieniają ludzi.
A zmienieni ludzie potrafią zmieniać świat.” – grubo poszedłem z tym przesłaniem…jak nie ja, hehe
