Tydzień 20 podróży: Między tradycją, pożegnaniem i nowym początkiem
📍 Bali – Lempuyang, Amed
🗓 15–21 czerwca
Każda podróż uczy czegoś nowego.
Czasami są to nowe miejsca.
Czasami nowi ludzie.
A czasami zupełnie inne spojrzenie na życie, śmierć i to, co dla różnych kultur jest czymś naturalnym.
Tydzień 20 był jednym z najbardziej wyjątkowych od początku mojego pobytu na Bali.
Były kolejne lekcje w sierocińcu.
Było święto Galungan.
Był pogrzeb i kremacja dziadka Donnego.
Miałem okazję uczestniczyć w balijskich ceremoniach religijnych jako część rodziny, u której mieszkam.
A pod koniec tygodnia ruszyłem w kolejną podróż.
Tym razem do Lempuyang i Amed.
Nie spodziewałem się jeszcze wtedy, jak wiele wydarzy się w kolejnych dniach.
Ale o tym opowiem już w następnym wpisie.
Poniedziałek — dziecięca radość jest zaraźliwa
Poniedziałek rozpoczął się dokładnie tak, jak lubię.
Poranny pilates.
Jak zwykle wymagający.
Jak zwykle świetny.
Po powrocie zjadłem śniadanie i zacząłem przygotowywać materiały do kolejnej lekcji angielskiego w sierocińcu.
Tym razem dzieci uczyły się odczytywania godzin.
Rozmawialiśmy również o zdrowym i niezdrowym jedzeniu.
Na koniec dzieci miały narysować dwa potwory.
Jednego karmiącego się zdrowo.
Drugiego żyjącego wyłącznie słodyczami i fast foodami.
Jak zawsze było mnóstwo śmiechu.
Najbardziej lubię obserwować, kiedy nauka przestaje być obowiązkiem, a staje się zabawą.
Patrząc na uśmiechy dzieci, po raz kolejny pomyślałem, że nawet najmniejsza pomoc ma sens.
Nie zmienię całego świata.
Ale może uda się zmienić kawałek czyjegoś.
Po powrocie zjadłem obiad.
Trochę porozmyślałem.
Wieczorem zrobiłem yogę.
I zakończyłem naprawdę dobry dzień.


Wtorek — życie potrafi zaskoczyć
Od rana pracowałem nad materiałami dla MyDriverBali.com.
Później siłownia.
Obiad.
A wieczorem spacer nad oceanem.
To miejsce od wielu miesięcy działa na mnie jak najlepsza terapia.
Szum fal.
Wiatr.
I przestrzeń, która pozwala uporządkować myśli.
Po powrocie do domu dowiedziałem się smutnej wiadomości.
Zmarł dziadek Donnego.
Jednocześnie następnego dnia miało odbywać się jedno z najważniejszych świąt na Bali — Galungan.
Galungan to jedno z najważniejszych świąt w balijskim hinduizmie.
Obchodzone jest co 210 dni i symbolizuje zwycięstwo dobra nad złem oraz przypomina o znaczeniu rodziny, wdzięczności i duchowej równowagi.
W tym czasie Balijczycy odwiedzają świątynie, składają ofiary oraz modlą się za swoich przodków, wierząc, że ich duchy wracają na ziemię, aby odwiedzić swoich bliskich.
Jednak dla rodziny Donnego święto wyglądało inaczej.
Musieli przygotować się również do pożegnania dziadka.
Dowiedziałem się czegoś, czego wcześniej nie wiedziałem.
Na Bali ciało zmarłego bardzo często pozostaje przez pewien czas w domu rodzinnym.
Bliscy wspólnie czuwają przy nim, modlą się, rozmawiają i przygotowują wszystko do ceremonii.
Termin kremacji nie zawsze jest natychmiastowy.
Bardzo często wyznacza go kapłan hinduistyczny po konsultacji z balijskim kalendarzem religijnym, wybierając najbardziej pomyślny dzień dla duszy zmarłego.
Dla mnie było to zupełnie nowe doświadczenie.
Inna kultura.
Inne zwyczaje.
Nie lepsze ani gorsze.
Po prostu inne.
I właśnie za to kocham podróże.


Środa — pierwszy raz uczestniczyłem w balijskiej ceremonii
Od rana trwały przygotowania do Galungan.
Kupiłem białą koszulę.
Rodzina ubrała mnie w tradycyjny balijski strój.
Założyłem sarong oraz udeng — tradycyjne nakrycie głowy noszone przez mężczyzn podczas ceremonii religijnych.
Razem udaliśmy się do rodzinnej świątyni.
Ku mojemu zaskoczeniu nie byłem tylko obserwatorem.
Brałem udział we wszystkim razem z rodziną.
Modlitwa.
Składanie ofiar.
Święcona woda, którą piliśmy i którą kapłan skrapiał uczestników ceremonii.
Na koniec otrzymałem również biały ochronny sznurek na nadgarstek.
To symbol błogosławieństwa, ochrony i duchowej harmonii.
Noszony jest jako przypomnienie o modlitwie i dobrych intencjach.
Było to dla mnie niezwykle poruszające doświadczenie.
Ale największe zaskoczenie przyszło później.
Odkąd przyjechałem na Bali wszystkie psy w wiosce szczekały na mnie za każdym razem, kiedy przechodziłem.
Tego dnia…
cisza.
Żaden nawet nie zaszczekał.
Patrzyły na mnie zupełnie inaczej.
Przeszedł mnie dreszcz.
Donny tylko się uśmiechnął i powiedział:
„Teraz jesteś już Balijczykiem. One to wiedzą.”
Nie wiem, czy żartował.
Ale od tamtego dnia naprawdę przestały na mnie szczekać. 😂
Po południu opublikowałem kolejną historię z serii Odcienie Ludzkiego Życia — historię Pattica San z Kambodży.
Jeżeli jeszcze jej nie czytaliście, koniecznie zajrzyjcie.
Miałem później jechać na siłownię.
Organizm jednak powiedział:
„Dzisiaj odpoczywamy.”
I nauczyłem się już go słuchać. I nie przeginam 🙂
Czwartek — spokojny dzień przed wyjazdem
Czwartek był wyjątkowo spokojny.
Pisałem kolejny tydzień podróży.
Planowałem weekendowy wyjazd.
Wieczorem tradycyjnie poszedłem nad ocean.
To miejsce już chyba na zawsze będzie kojarzyć mi się z porządkowaniem myśli.
Piątek — dobro naprawdę wraca
Jak co tydzień rozpocząłem dzień od pilatesu.
Jeszcze przed zajęciami wydarzyło się coś bardzo miłego.
Kilka osób podeszło do mnie i zaczęło wypytywać o moją pomoc w sierocińcu.
Okazało się, że obserwują to, co robię.
I sami chcieliby kiedyś stać się częścią projektu Different Backgrounds. One Heart.
Nie ukrywam.
Bardzo mnie to poruszyło.
To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek czuje, że chyba idzie w dobrym kierunku.
A później…
podczas zajęć tak intensywnie szorowałem stopami po podłodze, że zrobiła mi się ogromna dziura w skarpecie do pilatesu. Tzw. cebula, hehe.
Nowe skarpetki trzeba będzie zamówić. 😂
Po powrocie zapytałem Tima i Laurę — gości Donnego, którzy zatrzymali się u niego na dwa tygodnie.

Tim pochodzi ze Stanów Zjednoczonych.
Laura z Nowej Zelandii i ma francuskie korzenie.
Poprosiłem ich o krótkie nagrania do filmu promującego projekt Different Backgrounds. One Heart.
Zgodzili się bez chwili zastanowienia.
Teraz pozostaje tylko czekać na materiały. 😂
Wieczorem spacer.
Yoga.
I spokojny sen.
Sobota — pożegnanie
Od rana uczestniczyłem w ceremonii pogrzebowej oraz kremacji dziadka Donnego.
Balijska ceremonia pożegnania bardzo różni się od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie.
Choć towarzyszy jej smutek, nie dominuje rozpacz.
Większy nacisk kładzie się na duchową drogę zmarłego i jego przejście do kolejnego etapu.
To było bardzo poruszające doświadczenie.
Po powrocie zjadłem obiad.
Dopracowałem plan wyjazdu.
W końcu udało się również pojechać na siłownię.
Wieczorem jeszcze spacer.
Pakowanie.
I przygotowanie skutera do długiej podróży.
Niedziela — nowy etap
Plan był prosty.
Wyjazd o czwartej rano.
Problem?
Zaspałem. 😂
Jeszcze kilka lat temu byłbym na siebie wściekły.
Dzisiaj?
Po prostu pojechałem półtorej godziny później.
Bez stresu.
Po drodze zatrzymałem się jeszcze w jednej z willi, z którą wcześniej miałem umówione spotkanie.
Bardzo przyjemne miejsce.
Choć od razu wiedziałem, że nie będzie odpowiednie dla C.U.D.
Za to poznałem niezwykle sympatyczną managerkę.
Podczas rozmowy okazało się, że zna lokalnego Baliana.
Balian to tradycyjny balijski uzdrowiciel i przewodnik duchowy.
Łączy wiedzę o ziołach, duchowości i lokalnych rytuałach, a wielu mieszkańców odwiedza go po poradę zarówno w sprawach zdrowia, jak i życia codziennego.
Umówiliśmy się, że we wrześniu odwiedzę jej wioskę i poznam go osobiście.
Do hotelu w Lempuyang dotarłem około południa.
Po pięciu godzinach jazdy skuterem byłem kompletnie wyczerpany.
Zjadłem obiad.
Położyłem się na chwilę.
I… zasnąłem niemal natychmiast.
Wieczorem wyszedłem zobaczyć przepiękny widok na pola ryżowe i góry.
Zrobiłem yogę.
I poszedłem spać.
Już wtedy czułem, że ten wyjazd będzie wyjątkowy. Niekoniecznie pozytywny.
Ale o tym opowiem Wam w kolejnym tygodniu podróży.


ZAKOŃCZENIE
Tydzień 20 podróży pokazał mi, jak wiele można nauczyć się od ludzi wychowanych w zupełnie innej kulturze.
Nie tylko o tradycjach.
Ale również o rodzinie.
O wspólnym przeżywaniu radości i smutku.
O szacunku dla przodków.
I o tym, że czasami warto po prostu zatrzymać się i spróbować zrozumieć coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie obce.
Bo właśnie wtedy podróż staje się czymś znacznie więcej niż tylko odwiedzaniem nowych miejsc.
Staje się poznawaniem ludzi.
A przez nich… również samego siebie. ❤️
