Tydzień 17: Munduk, wodospady, sierociniec i ludzie, którzy pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy trzeba.
Mam wrażenie, że ten tydzień był idealnym połączeniem wszystkiego, co kocham w podróżowaniu ❤️
Był śmiech.
Był sierociniec.
Były wodospady.
Były góry.
Był reset głowy.
Były nowe znajomości.
I były momenty, kiedy po raz kolejny przekonywałem się, że świat pełen jest dobrych ludzi.
A także momenty, kiedy po raz kolejny przekonywałem się, że moje ADHD potrafi zamienić nawet robienie małej balijskiej dekoracji w misję specjalną 😂
To był tydzień pełen wdzięczności.
I chyba pierwszy od dawna, podczas którego naprawdę zwolniłem.
Poniedziałek — balijskie ceremonie, tablica do sierocińca i głowa w klatce 😂
Poniedziałek zacząłem od nauki przygotowywania balijskich dekoracji do codziennych ceremonii razem ze Srix 😄
I powiem Wam jedno…
To wygląda dużo łatwiej, niż jest w rzeczywistości.
Moje ADHD bardzo szybko przypomniało mi o swoim istnieniu 😂
Zrobienie jednej malutkiej dekoracji zajęło mi około 20 minut.
Srix cierpliwie tłumaczyła.
Ja próbowałem nadążyć.
A śmiechu było przy tym co niemiara.
W pewnym momencie chciałem udawać, że skaczę na ich żółwia.
I wtedy…
uderzyłem głową prosto w wiszącą nade mną klatkę dla ptaków 😂
Srix płakała ze śmiechu.
Ja również.
Piękny początek dnia.
Później przygotowałem materiały dla dzieciaków z sierocińca i już miałem ruszać, kiedy zauważyłem, że nie działa mi internet.
Brak środków.
Brak nawigacji.
A ja przecież nie znałem drogi na pamięć.
Przez chwilę wpadłem w lekką panikę.
Na szczęście na dole siedział Donny Jr. z dziewczyną.
Jak zwykle ruszyli z pomocą ❤️
Okazało się, że muszę doładować telefon w lokalnym sklepie.
Wskoczyłem na skuter.
Pognałem po doładowanie.
Misja zakończona sukcesem 😄
Do sierocińca dotarłem nawet 10 minut przed czasem.
A tam czekała już gotowa tablica wraz ze stojakiem.
Dzięki Donnemu i jego rodzinie ❤️
Kiedy wszyscy się przywitaliśmy, uśmiechy były od ucha do ucha.
I w końcu mogłem przeprowadzić pierwszą prawdziwą lekcję.
Normalnie.
W komfortowych warunkach.
Dzieciaki były szczęśliwe.
Ja również.
I poczułem, że projekt „Different Backgrounds. One Heart.” naprawdę ruszył.

Wtorek — pilates, ulewa i przygotowania do Munduk
Wtorek przywitał mnie potężną ulewą 😄
Większość ludzi narzekała.
Ja uwielbiam deszcz.
Zwłaszcza ten balijski.
Mimo pogody pojechałem na pilates.
Jak zawsze było intensywnie.
Po zajęciach przygotowywałem wpis z poprzedniego tygodnia podróży oraz planowałem wyjazd do Munduk.
Sprawdzałem:
co spakować,
czego potrzebuję, jaka trasa,
czy niczego nie zapomnę.
Jak zwykle sprawdzałem wszystko kilka razy 😂
Później wrzuciłem wpis na My Driver Bali i zadzwoniłem do mojej kochanej mamy z okazji Dnia Matki ❤️
Była wzruszona.
Szczęśliwa.
A ja po raz kolejny przypomniałem sobie, jak ważne są te małe gesty.


Środa — siłownia, Bahasa i ostatnie przygotowania
Środa była spokojniejsza.
Siłownia.
Praca.
Pakowanie.
I kolejna lekcja Bahasa od mojej balijskiej rodzinki 😄
Jak zwykle nauka kończyła się wybuchem śmiechu.
Bo moje próby wymowy nieustannie bawią wszystkich dookoła 😂
Wieczorem wszystko było już gotowe.
Następnego dnia ruszałem w góry.
I nie mogłem się doczekać. Kiedy w końcu odpocznę.
Czwartek — Munduk, dżungla i miejsce, które skradło moje serce
Pobudka chwilę po 6:00.
Szybki prysznic.
Śniadanie.
Ostatnie sprawdzenie plecaka.
I ruszyłem.
Podróż zajęła ponad dwie godziny.
Głównie przez problemy z internetem.
Momentami nie miałem zasięgu wcale.
Jechałem praktycznie tylko według strzałki na mapie.
Co jakiś czas zatrzymywałem się i sprawdzałem, czy nadal jadę dobrze 😂
Po drodze planowałem odwiedzić dwa miejsca.
Nie wyszło.
Ale widoki wynagrodziły wszystko.
Naprawdę.
Momentami miałem wrażenie, że jadę przez bajkę.
Pomyślałem wtedy:
„Tak pewnie wyglądało Bali kilkadziesiąt lat temu.”
Około 11:00 dotarłem do kameralnego miejsca ukrytego w środku dżungli. Miejsce to nazywa się Durenne Retreat.
I od pierwszej chwili wiedziałem, że to było dokładnie to, czego potrzebowałem.
Przywitała mnie Dayu wraz z synem.
Pokazała cały teren.
Przygotowała herbatę.
I zaczęliśmy rozmawiać.
Widok był obłędny.
Prywatny strumień.
Dżungla.
Spokój.
Cisza.
Pomyślałem wtedy:
„Może kiedyś zrobię tutaj C.U.D. Retreat.”
I szczerze?
Ta myśl nie chciała już opuścić mojej głowy.


Piątek — poszukiwania miejsca pod C.U.D. i rów przy drodze 😂
Piątek rozpocząłem od yogi i przepysznego śniadania.
Następnie ruszyłem oglądać dwa miejsca potencjalnie idealne pod przyszłe retreaty C.U.D.
Pierwsze miejsce…
wow.
Naprawdę wow.
Od wejścia czułem dobrą energię.
Obsługa.
Widoki.
Atmosfera.
Manager oprowadził mnie po całym obiekcie.
Rozmawialiśmy długo.
I po raz pierwszy od dawna poczułem:
„To może być właśnie to miejsce.”
Drugie miejsce znajdowało się około 40 minut dalej.
Wyruszyłem więc w drogę.
I wtedy wydarzyło się coś bardzo balijskiego 😂
Na jednym z ostrych zakrętów pojawiła się ciężarówka.
Droga była bardzo wąska.
Zahamowałem.
Dojechałem niemal do rowu.
A chwilę później…
wpadłem do niego razem ze skuterem 😂
Leżałem w trawie i śmiałem się sam do siebie.
Bo kilka minut wcześniej pracownicy hotelu krzyczeli za mną:
„Uważaj na siebie!”
Lokalni mieszkańcy zatrzymali się.
Pomogli mi wyciągnąć skuter.
Życzyli bezpiecznej podróży.
Pomachaliśmy sobie.
I pojechałem dalej ❤️
Drugie miejsce również okazało się bardzo interesujące.
A właścicielka po początkowym dystansie okazała się fantastyczną osobą.
Po raz kolejny przypomniałem sobie:
Nigdy nie oceniaj książki po okładce.



Sobota — wodospady, psy i jeden z najlepszych masaży w życiu
Sobota od rana oznaczała jedno.
Wodospady ❤️
Wyruszyłem wcześnie.
Na trasie praktycznie nikogo jeszcze nie było.
Tylko natura.
Dżungla.
Śpiew ptaków.
I ja.
Przez ponad dwie godziny wędrowałem pomiędzy wodospadami.
Zatrzymywałem się.
Patrzyłem.
Myślałem.
Chyba naprawdę jestem myślicielem 😂
Odwiedziłem trzy z czterech zaplanowanych wodospadów.
Do ostatniego nie dotarłem.
Bo po drodze znowu pojawiły się psy.
A ja nadal się ich boję 😅 A tutejsze psy są nieobliczalne, hehe.
Po powrocie Dayu przygotowała mi naleśniki.
Potrzebowałem węglowodanów po trekkingu 😂
Później pojechałem na masaż.
I szczerze?
Jedna z najlepszych masażystek, jakie spotkałem w życiu.
Myślałem, że połamię mi wszystkie kości.
Ale po wszystkim czułem się jak nowo narodzony 😄
Wieczorem wrócił mąż Dayu — Wiartha, którego poznałem w dzień przyjazdu.
I znowu siedzieliśmy godzinami rozmawiając o życiu.
Jak starzy znajomi. Czasami po prostu rozmowa płynie sama z niektórymi ludźmi – „Twoimi ludźmi”.


Niedziela — powrót do domu i wdzięczność
Niedziela była dniem powrotu.
Pożegnanie z Dayu i Wiarthą było naprawdę wzruszające.
Ale powiedziałem im jedno:
„Jeszcze tu wrócę.”
Bo wrócę ❤️
Droga powrotna zajęła ponad trzy godziny.
Kilka razy zgubiłem trasę.
Kilka razy zabrakło internetu.
Ale wcale mi to nie przeszkadzało.
Jechałem przez góry i rozmyślałem o wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie dni.
O ludziach.
O wdzięczności.
O projekcie C.U.D.
O życiu.
Po powrocie przywitała mnie Srix.
Jak zawsze z ogromnym uśmiechem.
Później był prysznic.
Praca.
Nagrania.
A wieczorem rozmowy z rodziną i przyjaciółmi.
I znowu policzki bolały mnie od śmiechu 😂
Tutaj wołają na mnie:
„Crazy Monkey.”
I chyba zaczynam się do tego przyzwyczajać 😄
Zakończenie
Ten tydzień przypomniał mi, jak bardzo potrzebujemy czasami zwolnić.
Wyjechać.
Odłączyć się od świata.
Posłuchać natury.
I spotkać ludzi, którzy niczego od nas nie chcą.
Po prostu są.
Munduk dał mi dokładnie to, czego potrzebowałem.
Spokój.
Perspektywę.
I kilka pięknych wspomnień, które zostaną ze mną na bardzo długo ❤️
