Tydzień 13: Z Da Nang na Bali – sprint przez lotnisko, pierwszy oddech i powrót do siebie.
📍 Bali
🗓 27kwiecień – 3 Maj
Są takie momenty w podróży, które wydają się zwykłe.
Pakowanie. Lotnisko. Przelot.
A potem nagle okazuje się, że w środku tego wszystkiego dzieje się coś więcej.
Tydzień 13 to dla mnie przejście.
Z Wietnamu na Bali.
Z chaosu do spokoju.
Z pośpiechu… do oddechu.
Ostatni dzień w Da Nang – czyli rzeczy, których nie lubię
Poniedziałek.
Wylot o 19:40, więc od rana… pakowanie.
Czyli coś, czego nie znoszę.
Zawsze odkładam to na ostatnią chwilę, zawsze sobie obiecuję, że następnym razem zrobię to inaczej, wcześniej — i zawsze kończy się tak samo 🙂
Po południu poszedłem jeszcze do mojej ulubionej wegańskiej knajpy.
Taki mały rytuał pożegnania.
Powrót, szybki prysznic, zamówienie Graba i około 14:00 byłem już na lotnisku.

Lotnisko, czekanie… i nagły sprint
Odprawa lotu od 16:00.
Więc klasycznie — siedzenie, chodzenie, krążenie.
Kto zna lotniska, ten wie.
O 16:00 oddaję bagaż. Standardowe pytanie:
– Czy ma pan baterie w bagażu rejestrowanym?
– Nie.
(No i tutaj zaczyna się historia…)
Boarding o 18:35.
Siedzę przy Gate 5… nagle wszyscy wstają.
Zmiana bramki. Gate 19.
Idę.
Siadam.
I nagle słyszę swoje imię i nazwisko przez głośniki.
Myślę:
„No pięknie… co jest?”
Podchodzę.
– Powerbank w dużym bagażu. Musi pan wrócić. Inaczej pan nie leci.
Zostało jakieś 15 minut.
Pobiegłem.
Naprawdę pobiegłem.
Przez całe lotnisko. Jęzor na wierzchu.
Na szczęście zdążyłem.
45 lat na karku… ale sprint jeszcze siedzi 😄
A tak serio?
ADHD i brak uważności.
Moja wina.
I kolejna lekcja do przepracowania. Nie kolejna, tylko ta sama, hehe.
Bali – pierwsze godziny i pierwszy sygnał
Lot był spokojny.
Zdrzemnąłem się troszkę.
Po wylądowaniu… coś dziwnego.
Mój nadgarstek — który bolał od dłuższego czasu — przestał boleć.
Tak po prostu. Normalnie C.U.D.
Zdziwienie.
Ale i ulga oraz niebywała radość 🙂
Noc, spotkanie i 5 rano na miejscu w hotelu
Kupiłem kartę SIM i czekałem na Dennego — współwłaściciela mydriverbali.com
Przyjechał około 3:30.
Dotarliśmy na miejsce przed 5:00.
Na szczęście właściciel już nie spał —
o 5:30 zaczyna lekcje surfingu.
Bali.
Tu dzień zaczyna się wcześniej.
Mój mały wielki sen – Yamaha NMAX
Następnego dnia spałem do 12.
I wtedy… dostarczyli ją.
Mój skuter.
Nowa Yamaha NMAX.
Zawsze o niej marzyłem.
Jedni marzą o Ferrari.
Ja marzyłem o skuterze.
I w końcu — razem 😄 Normalnie ekscytacja i radość poziom ekspert.

Rozmowy, ludzie i powolne wejście w życie
Śniadanie.
Rozmowy z właścicielem Donny i jego żoną.
3 godziny.
Później poznałem i ch syna Donny jr. – ma 20 lat.
Cudowna rodzina.
Takie momenty przypominają mi, dlaczego podróżuję.
Bali ma też swoje „uroki”
Wieczorem jadę po wodę.
Podjeżdżam do sklepu…
I nagle — czarno.
Miliony robaków.
Wchodzę, biorę wodę, uciekam.
Za późno.
Pogryzły mnie.
Swędzi jak cholera 😄 Co za dziadostwo, hehe
Okazało się, że przed pełnią i po zbiorach ryżu — wychodzą.
I lecą do światła.
Bali w wersji mniej instagramowej.

Pierwsze dni – organizacja i powrót do rytmu
Pierwszy tydzień zawsze jest taki sam:
- ogarnąć przestrzeń
- znaleźć siłownię, yogę lub pilates
- sprawdzić jedzenie
- zaplanować życie
Byłem na siłowni pierwszy raz od listopada. Zakwasy nie z tej ziemi.
Ale przyznaje bez bicia, czułem się świetnie.
Plaża, cisza i to, co najważniejsze
Poszedłem na Pigstone Beach.
Pół godziny w jedną stronę.
I wiecie co?
Byłem sam.
Ja i natura.
I to jest dla mnie Bali.


Niedziela, droga i potwierdzenie kierunku
Pojechałem zobaczyć miejsce polecone przez lokalnych.
Ponad godzina drogi.
Widoki?
Niesamowite.
Pola ryżowe.
Wodospad.
Cisza.
I wtedy dotarło do mnie coś ważnego:
👉 chcę pokazywać ludziom takie miejsca
👉 chcę, żeby tego doświadczali
C.U.D. zaczyna się układać.


Nawet wpadłem na niesamowity pomysł zorganizowania C.U.D. dla młodzieży 18+ i mam już nazwę C.U.D. surf & ride 2027 Bali Edition 🙂 Co sądzicie? Dobry pomysł?
Zakończenie
To dopiero początek.
Jeszcze dużo przede mną.
Ale czuję, że idę w dobrym kierunku.
I pierwszy raz od dawna…
czuję spokój.
