JAK DUŻO ENERGII TRACISZ NA UDAWANIE, ŻE WSZYSTKO JEST DOBRZE? – O zmęczeniu emocjonalnym, ukrywaniu własnych uczuć i potrzebie autentyczności.
Są ludzie, którzy na pytanie „Co u Ciebie?” zawsze odpowiadają tak samo.
— Wszystko dobrze.
Czasami mówią to z uśmiechem. Czasami niemal automatycznie, zanim zdążą zastanowić się, co właściwie czują. Czasami dlatego, że nie chcą nikogo martwić. Innym razem dlatego, że nie wiedzą, jak zacząć opowiadać o czymś, czego sami jeszcze do końca nie rozumieją.
A czasami dlatego, że tak długo przyzwyczajali się do bycia silnymi, że nie potrafią już pokazać, kiedy jest im trudno.
Można przecież normalnie pracować, rozmawiać z ludźmi, żartować, planować kolejne podróże i realizować swoje cele. Można sprawiać wrażenie osoby, która doskonale radzi sobie z życiem.
I jednocześnie być zmęczonym w sposób, którego nie widać na żadnym zdjęciu.
Bo nie każde zmęczenie wynika z nadmiaru obowiązków. Niektóre bierze się z ciągłego pilnowania siebie. Z kontrolowania tego, co mówimy. Z ukrywania tego, co czujemy. Z udawania, że coś nas nie zabolało, chociaż w środku wciąż do tego wracamy.
Ile energii kosztuje Cię bycie osobą, którą inni uważają za silną?
I jak wiele tej energii mogłoby zostać dla Ciebie, gdybyś nie musiał przez cały czas udowadniać, że wszystko jest w porządku?

Nie zawsze mówimy „wszystko dobrze”, bo tak właśnie jest.
Czasami mówimy to, bo nie chcemy wchodzić w szczegóły.
Nie mamy siły opowiadać. Nie chcemy usłyszeć, że przesadzamy, że inni mają gorzej albo że powinniśmy spojrzeć na życie bardziej pozytywnie. Nie chcemy też stawiać kogoś w niezręcznej sytuacji, bo przecież zwykłe pytanie o samopoczucie nie zawsze oznacza gotowość na szczerą odpowiedź.
Więc się uśmiechamy.
Zmieniamy temat.
Pytamy, co słychać u drugiej osoby.
I wracamy do swoich spraw.
Z zewnątrz wszystko wygląda normalnie. Nikt nie zauważa problemu, bo sami zadbaliśmy o to, żeby go nie było widać.
Tylko że emocje nie znikają dlatego, że nie znajdujemy dla nich słów.
Czasami zostają z nami jako napięcie. Czasami wracają w ciszy, kiedy kończy się dzień i nie ma już niczego, co mogłoby odwrócić naszą uwagę. Czasami objawiają się rozdrażnieniem, wycofaniem albo poczuciem, że nawet rzeczy, które kiedyś sprawiały nam radość, wymagają dziś zbyt wiele wysiłku.
Nie zawsze potrafimy od razu nazwać to, co się z nami dzieje.
Ale nie musimy mieć gotowej odpowiedzi, żeby przyznać, że coś jest nie tak.
Czasami pierwszym krokiem nie jest rozwiązanie problemu.
Jest nim zwykłe zdanie:
„Nie wiem jeszcze, co czuję, ale ostatnio nie jest mi łatwo”.
Ile kosztuje nas bycie silnym?
Wielu z nas nauczyło się, że trzeba sobie radzić.
Nie zawracać innym głowy. Nie narzekać. Nie pokazywać za dużo. Nie robić problemu z rzeczy, które można przecież jakoś przetrwać.
Może słyszeliśmy to w dzieciństwie. Może nauczyło nas tego życie. A może po prostu odkryliśmy, że kiedy inni widzą nas jako osoby silne i samodzielne, rzadziej zadają pytania, na które nie mamy ochoty odpowiadać.
Z czasem siła może stać się rolą, którą odgrywamy nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy.
Nie chodzi o to, że bycie silnym jest czymś złym. Odporność, odpowiedzialność i umiejętność przechodzenia przez trudne momenty są ważne.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy siła oznacza dla nas wyłącznie jedno: nie wolno mi pokazać, że coś mnie przerasta.
Wtedy nie dajemy sobie prawa do słabszego dnia. Czujemy, że musimy być dostępni dla innych, odpowiadać na wiadomości, dotrzymywać obietnic, realizować plany i zachowywać się tak, jakby nic nie mogło wytrącić nas z równowagi.
Nawet kiedy w środku marzymy tylko o tym, żeby przez chwilę nikt niczego od nas nie chciał.
Ile razy zdarzyło Ci się powiedzieć „dam radę”, choć tak naprawdę chciałeś powiedzieć „nie mam już siły”?
Ile razy zgodziłeś się na coś, bo łatwiej było się zgodzić niż wyjaśniać, dlaczego potrzebujesz odmówić?
Ile razy rozładowywałeś napięcie żartem, zamiast przyznać, że coś naprawdę Cię dotknęło?
Każda z tych rzeczy może wydawać się drobna. Ale kiedy stają się codziennością, zaczynamy tracić energię na zarządzanie własnym wizerunkiem zamiast na przeżywanie własnego życia.

Kiedy nawet przed sobą udajemy, że wszystko jest dobrze.
Najtrudniejsze jest chyba to, że z czasem możemy zacząć wierzyć we własną wersję wydarzeń.
Mówimy sobie, że nie ma powodu do smutku. Że nie powinniśmy czuć złości. Że przecież mamy wiele powodów do wdzięczności. Że inni poradzili sobie z trudniejszymi rzeczami, więc my również powinniśmy dać radę.
Wszystkie te zdania mogą zawierać kawałek prawdy.
Możemy mieć wiele powodów do wdzięczności i jednocześnie czuć się źle. Możemy kochać swoje życie i potrzebować od niego odpoczynku. Możemy być dumni z tego, co zbudowaliśmy, a jednocześnie odczuwać samotność, niepokój czy zwyczajne zmęczenie.
Jedno nie wyklucza drugiego.
Wdzięczność nie wymaga od nas ciągłego szczęścia. Sukces nie odbiera nam prawa do kryzysu. A świadomość, że inni mają trudniej, nie sprawia, że nasze emocje przestają mieć znaczenie.
Nie musimy udowadniać, że cierpimy wystarczająco mocno, żeby zasłużyć na chwilę wytchnienia.
Nie musimy też czekać, aż wszystko się rozsypie, żeby przyznać, że potrzebujemy pomocy.
Czasami najbardziej wyczerpujące nie jest to, co naprawdę przeżywamy.
Jest nim przekonywanie siebie, że nie powinniśmy tego przeżywać.
Moja droga do zrozumienia własnych emocji.
Nie piszę o tym z pozycji kogoś, kto wszystko już zrozumiał i potrafi zawsze bezbłędnie rozpoznawać własne emocje.
Wręcz przeciwnie.
Sam znam ten mechanizm, w którym łatwiej jest zająć się kolejnym zadaniem, planem czy projektem, niż na chwilę zatrzymać się i zapytać siebie, co właściwie dzieje się we mnie.
Mam w sobie dużo energii, pomysłów i potrzebę działania. Jednocześnie, kiedy w głowie pojawia się wiele myśli, a emocje trudno uporządkować, nie zawsze łatwo jest znaleźć przestrzeń na spokojne przyjrzenie się temu, co naprawdę czuję. ADHD jest częścią mojego doświadczenia i wpływa na to, jak przeżywam codzienność, choć nie wyjaśnia wszystkiego, kim jestem ani jak reaguję.
Czasami łatwiej jest ruszyć dalej, niż zostać na moment w miejscu.
Łatwiej zaplanować kolejną rzecz, niż przyznać, że coś w nas domaga się uwagi.
Łatwiej opowiedzieć o tym, co robimy, niż o tym, co czujemy.
Do tego dochodzą doświadczenia, które potrafią zmienić sposób patrzenia na życie. Poważna choroba, w tym zderzenie z własną śmiertelnością, sprawia, że niektóre pytania przestają być abstrakcyjne. Nagle inaczej patrzymy na czas, ciało, przyszłość i rzeczy, które wcześniej wydawały się oczywiste.
Człowiek może przejść przez bardzo trudny okres i wyjść z niego z ogromną wdzięcznością za życie. Ale wdzięczność nie oznacza, że od tej pory wszystko będzie łatwe. To, że kiedyś walczyliśmy o zdrowie albo o możliwość dalszego życia, nie oznacza, że później nie możemy być zmęczeni, zagubieni czy emocjonalnie przeciążeni.
Nie trzeba wybierać między wdzięcznością a szczerością wobec siebie.
Można kochać życie i czasami nie mieć siły.
Można cieszyć się wolnością, podróżami i możliwościami, a jednocześnie nosić w sobie emocje, o których nie mówi się przy porannej kawie.
Można wyglądać na osobę, która ciągle dokądś zmierza, i jednocześnie potrzebować chwili, w której nie trzeba nigdzie iść.
Zdarza mi się tłumić emocje. Nie zawsze od razu mówię, że coś mnie zabolało, że się martwię albo że coś jest dla mnie trudne. Czasami próbuję to sobie poukładać sam. Czasami odsuwam temat na później, bo przecież jest coś do zrobienia.
Tylko że „później” potrafi stać się kolejnym miejscem, do którego odkładamy samych siebie.
Nie chcę udawać, że znalazłem na to uniwersalną odpowiedź.
Wiem jednak, że coraz ważniejsze staje się dla mnie nie tylko to, dokąd zmierzam, ale również to, co dzieje się ze mną po drodze.
Bo można budować życie, które z zewnątrz wygląda jak spełnienie marzeń, a jednocześnie nie dawać sobie wystarczająco dużo przestrzeni, żeby naprawdę w nim być.
Podróżowanie nie sprawia, że przestajesz być sobą.
Podróże nauczyły mnie wielu rzeczy. Pokazały, jak różnorodny jest świat, jak wiele sposobów na życie istnieje i jak niewiele potrzeba, żeby nawiązać prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem.
Ale podróżowanie nie oznacza, że zostawiamy wszystkie swoje emocje na lotnisku.
Możemy zmienić kraj, krajobraz, język, codzienny rytm. Możemy obudzić się w miejscu, o którym kiedyś marzyliśmy. Możemy patrzeć na ocean, spacerować po górach i doświadczać rzeczy, które jeszcze kilka lat wcześniej wydawały się odległe.
A mimo to zabieramy ze sobą własną głowę.
Swoje przyzwyczajenia. Swoje lęki. Sposoby reagowania, które wykształciliśmy przez lata. I wszystkie te emocje, które być może czekają, aż w końcu przestaniemy przed nimi uciekać.
Nie każde zmęczenie można wyleczyć urlopem. Nie każdy niepokój znika po zmianie otoczenia. Czasami najdłuższa podróż prowadzi nie do kolejnego kraju, ale do miejsca w nas samych, którego do tej pory nie chcieliśmy odwiedzić.
Do własnej bezradności.
Do smutku.
Do złości.
Do poczucia straty.
Do potrzeby bliskości, której nie chcieliśmy przed sobą przyznać.
I może właśnie dlatego autentyczność jest tak trudna. Nie wymaga wyłącznie odwagi, żeby pokazać coś innym. Najpierw wymaga odwagi, żeby przestać ukrywać to przed sobą.
Nie każdy musi znać Twoją historię.
Autentyczność nie oznacza, że masz opowiadać wszystkim o swoich problemach.
Nie oznacza publikowania każdej emocji w internecie, tłumaczenia się ze swoich decyzji ani wpuszczania każdego człowieka do najbardziej prywatnej części swojego życia.
Masz prawo do prywatności. Masz prawo zachować niektóre historie dla siebie. Masz prawo powiedzieć: „Nie jestem jeszcze gotowy, żeby o tym rozmawiać”.
Różnica polega na tym, czy świadomie wybierasz milczenie, czy milczysz dlatego, że boisz się, że prawda o Twoich uczuciach nie zostanie zaakceptowana.
Czy nie opowiadasz o czymś, bo potrzebujesz czasu, czy dlatego, że wstydzisz się tego, co czujesz?
Czy stawiasz granicę, czy próbujesz za wszelką cenę utrzymać obraz osoby, która zawsze daje sobie radę?
Nie każdemu musisz pokazywać swoją wrażliwość.
Ale dobrze mieć choć jedno miejsce, w którym nie musisz jej ukrywać.
Może to być rozmowa z bliską osobą. Może być towarzystwo kogoś, przy kim nie musisz dobierać każdego słowa. Może być psychoterapia, dziennik albo spokojna chwila spędzona sam na sam ze sobą.
Nie chodzi o to, żeby od razu wszystko rozwiązać.
Chodzi o to, żeby przestać być jedyną osobą, przed którą ukrywasz prawdę o sobie.
Autentyczność nie polega na tym, żeby zawsze mówić wszystko.
Czasami mylimy autentyczność z bezpośredniością. Myślimy, że bycie sobą oznacza mówienie wszystkiego, co przychodzi nam do głowy, niezależnie od okoliczności.
Ale prawdziwa autentyczność nie wymaga, żebyśmy każdą emocję natychmiast zamieniali w słowa.
Wymaga raczej, żebyśmy nie zaprzeczali temu, co czujemy.
Możemy powiedzieć: „Jestem dziś przytłoczony i potrzebuję trochę ciszy”.
Możemy przyznać: „Zabolało mnie to, co powiedziałeś”.
Możemy odmówić, nie tworząc długiej listy usprawiedliwień.
Możemy poprosić o pomoc, zanim sytuacja stanie się nie do udźwignięcia.
Możemy również powiedzieć: „Nie wiem”. Bez natychmiastowego szukania odpowiedzi, która uspokoi wszystkich wokół.
To nie są oznaki słabości. To próby pozostawania w kontakcie ze sobą i komunikowania swoich potrzeb, zanim zamienią się w żal, wycofanie albo wyczerpanie.
Nie zawsze nam się to uda. Stare mechanizmy nie znikają tylko dlatego, że je rozpoznaliśmy. Czasami znów założymy uśmiech, odpowiemy „wszystko dobrze” i dopiero wieczorem zrozumiemy, że wcale tak nie było.
Ale nawet wtedy możemy wrócić do siebie.
Możemy zmienić odpowiedź.
Możemy powiedzieć komuś: „Wiesz co, tak naprawdę mam ostatnio trochę trudniejszy czas”.
Nie trzeba robić z tego wielkiego wyznania.
Czasami wystarczy przestać udawać przez jedną rozmowę.
A co, jeśli nie musisz już nikomu udowadniać, że dajesz radę?
Wyobraź sobie, że przez jeden dzień nie musisz być osobą, która wszystko ogarnia.
Nie musisz mieć planu. Nie musisz nikogo uspokajać. Nie musisz być zabawny, produktywny, inspirujący ani silny.
Nie musisz udowadniać, że doświadczenia Cię zahartowały. Nie musisz zamieniać każdego trudnego przeżycia w lekcję, a każdego kryzysu w historię o rozwoju.
Możesz po prostu mieć gorszy dzień.
Możesz być smutny bez konieczności natychmiastowego szukania pozytywnej strony sytuacji.
Możesz być zmęczony, nawet jeśli obiektywnie Twoje życie wygląda dobrze.
Możesz nie wiedzieć, czego potrzebujesz.
Możesz poprosić, żeby ktoś po prostu z Tobą pobył, bez rad i prób naprawiania wszystkiego.
I możesz odpocząć, zanim całkowicie zabraknie Ci sił.
Nie jesteś zobowiązany do nieustannego udowadniania swojej odporności tylko dlatego, że kiedyś udało Ci się przetrwać coś trudnego.
Nie musisz być wiecznie wdzięczny w sposób, który nie pozwala Ci przyznać, że cierpisz.
Nie musisz też opowiadać swojej historii tak, żeby inni czuli się z nią komfortowo.
Czasami najważniejszym krokiem jest pozwolenie sobie na bycie człowiekiem, a nie projektem, który nieustannie trzeba ulepszać.
Nie musisz mówić, że wszystko jest dobrze.
Być może nie potrzebujesz kolejnej techniki zarządzania emocjami.
Być może potrzebujesz mniej udawać.
Mniej zgadzać się na rzeczy, na które nie masz przestrzeni. Mniej tłumaczyć się z potrzeby odpoczynku. Mniej ukrywać rozczarowanie za żartem. Mniej przekonywać siebie, że skoro dajesz radę, to nie masz prawa być zmęczony.
A może potrzebujesz po prostu spotkać kogoś, przy kim nie musisz odpowiadać „wszystko dobrze”, zanim zdążysz sprawdzić, czy to prawda.
Kogoś, kto nie będzie próbował natychmiast naprawić Twojego nastroju. Kto nie porówna Twoich problemów z problemami innych. Kto potrafi posłuchać bez oceniania.
I być może sam możesz stać się taką osobą dla kogoś innego.
Nie zawsze możemy usunąć czyjś ból. Nie zawsze znamy właściwe słowa. Czasami jednak wystarczy, że nie odwrócimy wzroku, kiedy ktoś na chwilę przestaje być silny.
Bo może autentyczność nie zaczyna się od wielkich wyznań.
Może zaczyna się od małych momentów, w których przestajemy grać rolę.
Od przyznania przed samym sobą, że coś nas boli.
Od szczerego „nie mam dzisiaj siły”.
Od rozmowy, której nie trzeba kończyć gotowym rozwiązaniem.
Od zgody na to, że nasze życie może być dobre, a my i tak możemy potrzebować wsparcia.
I od zrozumienia, że nie musimy zasługiwać na odpoczynek, bliskość ani troskę poprzez nieustanne udowadnianie, że sobie radzimy.

A Ty — ile energii tracisz na udawanie, że wszystko jest dobrze?
Zatrzymaj się na chwilę.
Nie po to, żeby oceniać siebie. Nie po to, żeby natychmiast coś zmieniać.
Spróbuj tylko odpowiedzieć sobie szczerze:
Kiedy ostatnio powiedziałeś, że wszystko jest dobrze, chociaż wcale tak nie czułeś?
Czy jest coś, o czym chciałbyś porozmawiać, ale nie chcesz nikogo obciążać?
Czy pozwalasz sobie być zmęczonym, smutnym, zagubionym albo rozczarowanym bez poczucia winy?
I czy masz w swoim życiu choć jedną osobę, przy której możesz zdjąć z siebie tę niewidzialną zbroję?
Nie musisz dziś nikomu niczego wyjaśniać.
Nie musisz nagle otwierać się przed całym światem.
Może wystarczy, że przestaniesz okłamywać samego siebie.
Bo czasami największą ulgą nie jest usłyszeć, że wszystko będzie dobrze.
Czasami największą ulgą jest wreszcie móc powiedzieć:
„Nie jest dobrze. Ale nie muszę już udawać, że jest”.
I może właśnie od tego zaczyna się prawdziwy spokój.
Nie od życia, w którym nic nas nie boli.
Ale od życia, w którym nie musimy już ukrywać tego, że czasami boli.
Odcienie Ludzkiego Życia
Different Backgrounds. One Heart. ❤️
Jeśli ten wpis do Ciebie przemówił i chcesz pomóc mi w dalszym tworzeniu takich niezależnych projektów, możesz wesprzeć moją podróż.
Wesprzyj podróż → TUTAJ DZIĘKUJĘ.
