Poranek w Siem Reap.
Wilgotne powietrze. Droga przecinająca pola ryżowe.
Ptaki są głośniejsze niż moje myśli.
Kiedyś byłem w ciągłym ruchu.
Nowe projekty. Nowe miejsca. Nowe pomysły.
Z zewnątrz wyglądało to dobrze.
W środku często było to napięcie, z którym nie potrafiłem sobie poradzić.
Długo myślałem, że podróżuję, bo kocham zmiany.
Dziś widzę, że czasem po prostu nie umiałem zostać w jednym miejscu ze sobą. Mój umysł był zawsze czymś zajęty. A to nowa wycieczka, nowy pomysł, nowe coś. Gonitwa myśli, które nigdy się nie zatrzymują.
Łatwo powiedzieć: „uciekasz”.
Ale można uciekać, siedząc w tym samym mieście przez lata.
I można zostawać — będąc w drodze.
Podróż przestaje być dla mnie zbiorem atrakcji.
Staje się regulacją.

Mniej planu.
Więcej oddechu.
Mniej udowadniania czegokolwiek.
Więcej czucia.
Zauważyłem, że to nie kraj mnie uspokaja.
To tempo, w jakim w nim jestem. Ten pospiech, który mnie męczy, jest moim wrogiem. A wystarczy tylko zwolnić – łatwo powiedzieć 😉
Jeśli pędzę — zmieniają się tylko dekoracje.
Jeśli zwalniam — coś naprawdę się we mnie układa. Wiele rzeczy staje się klarownych i o dziwo mam wtedy czas na wszystko.
Azja nie jest dla mnie „kierunkiem”.
Jest procesem.
Uczę się bycia bliżej ciała, bliżej ciszy, bliżej siebie.
Może naprawdę nie potrzebujemy więcej miejsc.
Może potrzebujemy więcej przestrzeni w środku.
Uczę się:
– nie planować każdej godziny
– nie wypełniać ciszy
– nie udowadniać, że robię „wystarczająco dużo”
Podróż jako regulacja to pozwolenie sobie na bycie w drodze bez presji, że coś musi się wydarzyć.
Może nie potrzebujemy więcej miejsc.
Może potrzebujemy więcej spokoju w sobie.
A Ty?
Kiedy ostatnio podróżowałeś, żeby coś poczuć… a nie od czegoś uciec?

To jeden z elementów tego, co buduję wokół C.U.D. — bliżej ciała, bliżej umysłu, bliżej duszy.
